„Salvete” – z historii Parafii Opatrzności Bożej
Wnętrze kościoła Parafii Opatrzności Bożej, fot. Maciej Brodecki
Okres świąteczny skłania do wspomnień. Tych dawnych i tych, które sięgają czasów, zdawałoby się, prawie wczorajszych. Wśród nich powróciło mi słowo „salvete” i postać młodego wówczas wikarego parafii Opatrzności Bożej w Wesołej, księdza Wojciecha Czarnowskiego. Młodego wiekiem i młodego stażem, zaledwie wówczas pięcioletnim.
Z dalekiej Lubochni trafił w 1967 do parafii Opatrzności Bożej w Wesołej. 45 lat temu. Nie istniały wówczas jeszcze ruchy katolickie, wspólnoty wiernych i inne posoborowe nowości. Msze odprawiane były po łacinie. Duszpasterstwo akademickie obejmowało niewielką część młodzieży. Raczkował dopiero tu i ówdzie ruch pre-oazowy. Moim ówczesnym „guru” był akademicki duszpasterz ks. Jerzy Dziurzyński (obecnie wiekowy już emerytowany kanonik w parafii w Marysinie Wawerskim) .
PRL-owskie władze baczyły, aby Kościół nie miał zbytniego wpływu, zwłaszcza na młodzież. Ale ksiądz Wojciech był wizjonerem. Dzięki niewątpliwej osobistej charyzmie udało mu się skupić wokół siebie grono parafialnej młodzieży. Nie ministrantów czy bielanki, ale właśnie młodzieży. Takiej bez ograniczenia wieku. Od lat -nastu do lat –dziestu i nawet więcej. Grupie tej, o zmieniającym się składzie osobowym (stale rosła), nadał łacińską nazwę „Salvete”, po polsku „Witajcie”. I tej nazwie pozostał wierny, a wraz z nim jego młodzież, zawsze otwarta na „nowych”.
Założeniem ks. Wojciecha była działalność całkowicie jawna, zgodna z ówczesnym prawem. „Salvete” nie miało nic do ukrycia. Przeciwnie – młodzi ludzie chętnie pokazywali na zewnątrz siebie i swoją wiarę. Nawet wiedząc, że jeden (co najmniej) z nich jest funkcjonariuszem. Drugim założeniem była samodzielność. Grupa, działająca na przykościelnym terenie parafialnym, była całkowicie autonomiczna. Bez wyznaczania funkcji, każdy wiedział, co ma robić. Nie wyznaczano „moderatorów” czy „lektorów”. To przyszło znacznie później. Kolejne „burze mózgów” ustalały w „Salvete” plany działania. Tylko w dziwny sposób były one zawsze zgodne z zamierzeniami księdza. Bez odgórnego narzucania swojej woli powodował, że „Salvete” podążało we właściwym kierunku.
„Salvete” było bardzo zróżnicowane zarówno pod względem społecznym, jak i wiekowym. Były osoby nieco starsze, z większym doświadczeniem życiowym, których zadaniem było stabilizowanie pomysłów nastolatków, ale bez wykorzystywania różnicy wieku. Stąd była p. Halina, ale i jej dwie córki. Stąd (niedawno zmarła) p. Teresa, ale i jej syn Grzesiek. W „Salvete” wszyscy byli równi, każdy miał ten sam głos i ten głos jednakowo liczył się w dyskusjach na różne tematy, często bardzo zażartych. I każdy miał prawo odszukania w sobie jakiegoś talentu, jakiejś iskry Bożej.
Nie pamiętam, niestety, wszystkich, działających w „Salvete”. Ale niektórzy z nich wbili się w pamięć. Głównymi pomysłodawcami było dwóch Andrzejów. Młodo zmarły Andrzej, który pisał wiersze (a zupełnie na to nie wyglądał) i drugi Andrzej, zdolny artysta, malarz i grafik, wówczas dopiero aspirujący do ASP, a który odszedł od nas niedawno. Jego ówczesna praca, wystawiona na wystawie sztuki sakralnej w kościele św. Anny, robiła ogromne wrażenie, a była wykonana... z beczki po smole, kilku hufnali i twarzy Madonny z Faras. Dobrą organizatorką była „Czarna Marysia”, późniejsza szefowa warszawskiego klubu PAX. Byli Ania i Julek, którzy stworzyli później wzorową parę małżeńską. Była niezapomniana Anita, nieżyjąca już świetna artystka-grafik, która o sobie mówiła, że jest ateistką, ale w kręgu ks. Wojciecha odnajdowała – jak sama mi powiedziała - ciepło wiary. I dekorowała według swojego pomysłu „młodzieżowy” ołtarz na Boże Ciało . Niezapomniany ołtarz „Salvete”. Był Tadek z nierozłącznym aparatem fotograficznym i organizowane przez niego spotkania z nestorami polskiej fotografiki. Był Waldek, Sylwek i jeszcze jeden Andrzej. A może dwóch...
Byli Janek i Leszek, początkujący muzycy, którzy stworzyli pierwszy w Wesołej przykościelny zespół muzyczny. Był w nim grający na perkusji Krzysiek. Była w nim grająca na flecie Ala (późniejsza żona Bogdana, też członka „Salvete”). Był bezzębny gitarzysta Jurek, nieustannie pytający „Dobrze gram?” No i żona Janka, Malina, która w szkole muzycznej uczyła się gry na harfie. Byli w nim również bracia Leszek i Wiesiek, grający na gitarach. Elektrycznych, własnej roboty, bo na kupno „prawdziwej” nie było nikogo stać. Pieniądze na zakup pierwszego elektrycznego instrumentu klawiszowego wyprosiłem u samego księdza prymasa Stefana Wyszyńskiego. Był bardzo otwarty na sprawy młodzieży.
I ten zespół nie tylko zapewniał oprawę muzyczną mszy młodzieżowych, na których do kościoła szpilki by się nie wetknęło. Wykonywał również „Mszę”, skomponowaną właśnie przez Janka. Specjalnie na uroczyste msze w kościele w Wesołej. Ale pojechał z nią również do Guzowa i Lubochni. I wziął udział w jednym z pierwszych „Sacrosongów” – o ile jeszcze ktoś pamięta, co to było.
Niezapomniane są „jasełka”, do których pod znane melodie słowa napisał głównie jeden z Andrzejów, ale które zawierały również wiele fragmentów jasełek kolbergowskich. „Pastuszkowie”, na czele z Anią i Juliuszem, nie tylko kolędowali „ulicznie”, ale byli chętnie zapraszani do prywatnych domów, aby tam zademonstrować swoje umiejętności i uświetnić okres świąteczny. Otrzymywane datki służyły dalszemu rozwojowi „Salvete”. Prezentowali zresztą także i inne rzeczy. Nie tylko religijne piosenki o. Duval, prekursora muzyki gitarowej w kościele, ale na zakończenie mszy nawet „Modlitwę” Bułata Okudżawy czy słynne „We shall overcome” we własnym tłumaczeniu.
Parafianie niesłychanie życzliwie przyjmowali ks. Wojciecha i jego młodzież. Chętnie kupowali świąteczne pocztówki, wykonywane przez młodzież, a projektowane przez Andrzeja. To ratowało finanse. Frekwencja na młodzieżowych mszach i na młodzieżowych imprezach była ogromna. A – przypominam – były to czasy gomułkowskiego PRL. Takie imprezy były niedozwolone. Więc każdy przychodził z... pustą musztardówką. W „salonie” na plebanii ustawione były gęsto stoły, publiczność zasiadała przy nich i do musztardówek nalewano herbaty. Wszak każdy, kto siedzi przy stole i pije herbatę, jest gościem. A że gości tylu przyszło, to tylko większa radość. Wkrótce plebania była bogata o zbiór dwustu musztardówek. I to tych „bardziej eleganckich”, z prostymi ściankami. Już można było przychodzić bez własnych. Ksiądz Wojciech zawsze miał wspaniałe pomysły.
Żeby młodzież trochę rozerwać, „zorganizowano” filmowy aparat projekcyjny. Prawdziwy, 16 mm. Stary, ale jeszcze do użytku. Z dźwiękiem! I tym aparatem wyświetlano filmy. Wypożyczane z ambasad – amerykańskiej, brytyjskiej, ale tez radzieckie z TPPR. Ks. Wojciech dotarł nawet do ambasad komunistycznej Albanii i Korei Północnej, gdzie nie bardzo wiedzieli, kim jest ten człowiek w dziwnym stroju i czego od nich chce. Na tamte czasy piękne filmy krajoznawcze zastępowały obecną telewizję i przyciągały do podziemi plebanii wielu widzów.
No, ale wszystko się zmienia. Po dwóch latach w Wesołej ks. Wojciech odszedł do pracy w kościele akademickim, a pałeczkę po nim przejął ks. Jacek Drzewiecki (obecnie prałat diecezji łowickiej). Bez charyzmy poprzednika, ale za to świetny motocyklista i niesłychanie żarliwy kapłan. Natychmiast znalazł wspólny język z młodzieżą z „Salvete”, zwłaszcza, że lubił kręcić. Filmy. Powstało więc kilka kilkunastominutowych filmów. Nie tylko o samym „Salvete”. Także „Gdy szukasz Boga” o tematyce, której tłumaczyć nie muszę. To właśnie wówczas do młodzieży z Wesołej przyjechał sam prymas Stefan kardynał Wyszyński. Wielki Prymas Tysiąclecia nie przyjechał wizytować parafię. Przyjechał wieczorem specjalnie do młodzieży. Było to wielkie przeżycie, zarówno dla ks. proboszcza Antoniego Rutkowskiego, dla ks. Jacka i także dla „Salvete”. Była uroczysta wieczorna Msza święta. Ks. prymas siedział na fotelu - tronie, specjalnie zaprojektowanym przez Anitę i Andrzeja i wykonanym rekami młodzieży. A później spotkanie na plebanii. Z młodzieżą i z rodzicami. Jak zwykle, przy rozstawionych stołach. Tylko w miejsce musztardówek tym razem „zorganizowano” od zaprzyjaźnionych parafian szklanki. A przed honorowym Gościem postawiono – wedle wskazań jego sekretarza, ks. Władysława Padacza - tacę z jabłkami. Bo jabłko było prymasowską kolacją. Tak ustalili lekarze. A młodzież z „Salvete” na początku z ogromnym skrepowaniem, a potem coraz śmielej pokazywała, co potrafi. Były jasełka, było wspólne śpiewanie, były występy solowe. Było to niezapomniane przeżycie. Największe chyba dla Waldka, który, onieśmielony tym, że ksiądz kardynał poczęstował go pączkiem, zastygł w bezruchu i wielki Prymas Tysiąclecia... karmił go z ręki.
Po roku ks. Jacek został przeniesiony do Żyrardowa, a na jego miejsce przybył ks. Stanisław Dusiło (obecnie emeryt diecezji łowickiej). To właśnie on odprawił pierwszą w Wesołej mszę „posoborową”, przy pomocy mocno przejętego proboszcza, ks. Antoniego Rutkowskiego i – oczywiście – muzycznej oprawie młodzieży z „Salvete”. „Salvete” nadal bowiem istniało i działało, ale nie pamiętam już „nowych twarzy”, które się wówczas przewijały. Po roku ks. Stanisław otrzymał przeniesienie i pamiętam jego zdumienie, gdy zakomunikowałem mu, ze poprosiłem Księdza Prymasa, by mógł jeszcze pozostać w Wesołej, bo „Salvete”... I Ksiądz Prymas osobiście mu ten pobyt przedłużył.
Ale później nastały dla parafii ciężkie czasy. W innym felietonie pisałem już o tym, że parafię mieli przejąć Misjonarze Świętej Rodziny. Nowym wikarym został młody i energiczny ksiądz, ojciec Wojciech Egiert MSF (późniejszy wieloletni proboszcz parafii Tromso i Hammerfest i odnowiciel katolicyzmu w Norwegii). Wesoła była jego pierwszą parafią. Został tu przyjęty bardzo życzliwie. Jego biały rower był wkrótce ogólnie znany. Był tu, niestety, tylko niecały rok. Zapoznawał się jeszcze z dorobkiem „Salvete” i planował dalsze posunięcia o szerszym charakterze, gdy w połowie grudnia okazało się, że ks. proboszcz Rutkowski zmienił zdanie i wystąpił o odwołanie zakonnego księdza z Wesołej. Na polecenie prowincjała zgromadzenia ks. Wojciech opuścił parafię jeszcze tego samego dnia. Następnego dnia grupa parafian zablokowała kościół i zażądała odwołania proboszcza. Sytuacja była krytyczna. Przybyły ksiądz dziekan wysłał go więc na urlop, a następnie przeniósł na emeryturę. Po jego odejściu nastąpił ponad miesięczny okres bezkrólewia. Parafii posługiwali przejściowo dwaj młodzi księża – studenci KUL. Młodzież była bardzo rozkojarzona tą niezdrową sytuacją. Nie było atmosfery do nowych działań. Nie wiadomo było, co przyniesie przyszłość.
I wówczas do parafii przybył nowy proboszcz. Ks. Stefan Wysocki. Młody, energiczny (trudno teraz uwierzyć, ale z kościoła przy ul. Wiatracznej przyjeżdżał do Wesołej... na rowerze!) , mający doświadczenie w pracy z warszawską młodzieżą. Tylko od początku współpraca z „Salvete” jakoś się nie układała. Może dlatego, że sprawami młodzieży nie zajmował się już kolejny wikary, ale osobiście proboszcz, mający wizję miejsca młodzieży w parafii inną niż ks. Wojciech Czarnowski i znacznie się od niej różniącą. Po krótkim czasie nastąpiło to, czego się obawiano. „Salvete” zostało rozwiązane, a młodzieży zakazano wstępu na plebanię, w piwnicach której były pomieszczenia, kiedyś wyremontowane siłami młodzieży i dla niej przeznaczone. Rustykalne ławy, specjalnie wykonane dla pomieszczenia „Salvete”, trafiły do kościoła. Nieliczne instrumenty muzyczne gdzieś się rozeszły. Nawet „organy elektryczne”, dar Księdza Prymasa dla wesołowskiej młodzieży, niszczały, aby trafić ostatecznie na złom. Po „Salvete” pozostała jedynie czerwona farba na cegłach w jednej z piwnic.
***
I jeszcze postscriptum. Celowo nie podawałem nazwisk członków „Salvete”. Niech sami decydują, czy warto przypominać tamte czasy. Jeżeli tak, odezwijcie się. Może wasze wspomnienia są inne niż moje. Może w niektórych przypadkach pamięć mnie zawiodła. Może pamiętacie jakieś inne wydarzenia, godne upamiętnienia. To były piękne dni...
Andrzej Klimm
Komentarze
- Gość (83.24.243.27) / 29.12.2011 15:27:47
Trafilam do Salwete bedąc w II klasie Liceum Pedagogicznego. Raczej nie należałam wówczas do jej atywnych członków. W 1973 roku zespół Salwete tworzył oprawę myzyczną na moim ślubie. Jeśli dobrze pamiętam, to chyba Aneta pięknie śpiewała Ave Maryja. To miłe wspomnienia. Dobrze by było tu opisać historię powstania drugiej wspólnoty przy naszej Parafii -
,, Zwiastowanie", która to powstała jako odpowiedź na wezwanie papierza JPII ,, Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi". Jak grzyby po deszczu w latach 80 powstawały wspólnoty modlitewne Odnowy w Duchu Świętym gromadzące całe rzesze młodzieży. U nas wikarym pełnym ducha i charyzmy wówczas był ks.Mirosław. To właśnie on był pierwszym pasterzem grupy Zwiastowanie. Zgromadził około 100 młodzieży i na początku kilka osób starszych. Może ktoś przywoła wspomnienia zalożenia tej grupy w 82 roku . Ja dołączyłam w 1984 roku. Grupa trwa do dziś i służy modlitwą wstawienniczą. Dziękuję Ci Andrzeju za te wspomnienia. Pozdrawiam Elżbieta Nowosielska


Katalog firm
Forum
Blogi
Mapa wesołej
Foto
Archiwum










