Po kolędzie
Jak co roku w porze zimowego przesilenia obchodzimy najbardziej rodzinne święto chrześcijaństwa – Boże Narodzenie. Obchodzimy je na pamiątkę grudniowego dnia sprzed ponad 2000 lat, gdy w betlejemskiej grocie narodził się przepowiadany przez proroków – Mesjasz. Ze świętem tym związana jest pamięć o tamtym dniu, ale i cała bogata obrzędowość, która narosła przez wieki.
Wigilia – szczególnie głęboko obchodzona w Polsce i na Litwie. Wraz ze Świętą Rodziną czuwanie na Przyjście. Wigilijna wieczerza. Dodatkowe nakrycie dla tego nieznajomego, który może przyjść, a który nie zostanie odtrącony. Wigilijne potrawy – takie biedne, a takie obfite. Wigilijna noc – Pasterka i mówiące ludzkim głosem zwierzęta.
Boże Narodzenie – radość z Przyjścia. Jest wśród nas. Słowo stało się Ciałem. Śpiewajmy Panu – kolędy.
Jednym ze zwyczajów tego okresu jest chodzenie kapłanów „po kolędzie”. Zwyczaj stary, którego korzenie giną w mroku historii. W okresie od Bożego Narodzenia do końca karnawału kapłani odwiedzali wiernych w ich domach. Czasami księdzu towarzyszył organista, czasami ministrant, czasami był „przekazywany” od domu do domu przez samych parafian.
Jaki był cel tych wędrówek? To wyjaśnia nazwa – „po kolędzie”. Zapożyczone z łaciny słowo „kolę-da” oznacza w tym języku pierwszy dzień miesiąca rzymskiego kalendarza. Ale jak to się ma do tych księżych wędrówek? Otóż pierwszy dzień każdego rzymskiego miesiąca był świętem. Składano sobie życzenia, wspólnie śpiewano okolicznościowe pieśni (oczywiście nie chrześcijańskie). Czy to już nam czegoś nie przypomina?
Kapłani idą do wiernych, aby w ich domach wspólnie się pomodlić, aby złożyć im życzenia Opieki Bożej, aby wreszcie choć raz w roku z nimi porozmawiać. Żeby, jak każe Dobry Pasterz, poznać Owczarnię Bożą nie tylko od święta, ale także z ich codziennymi radościami i troskami. Choć raz w roku.
Już w XVI wieku Sobór Trydencki nakazywał, aby księża wizytowali parafian, by ich lepiej poznawali, by dbali o nich, zwłaszcza o tych potrzebujących pomocy. Już w Polsce, w XVII wieku synod gnieźnieński nakazywał, aby na kolędzie kapłani napominali grzeszników, wskazywali im właściwą drogę, a nieszczęśliwych pocieszali. Mówiąc językiem współczesnym, celem kolędowej wizyty jest wspólna modlitwa, błogosławieństwo kapłańskie domowi i rodzinie oraz rozmowa na różnie aktualne tematy. Taka jest także i dzisiejsza rola „kolędy”.
Wizycie kolędowej tradycyjnie towarzyszyć powinna odpowiednia oprawa – Krzyż, świeca, Biblia, woda święcona. To wyraz naszego szacunku do spraw wiary. Ten raz w roku Błogosławieństwo Boże będzie udzielane właśnie u nas w domu, tu gdzie mieszkamy i gdzie przewijają się nasze codzienne radości i troski. Z tym błogosławieństwem przychodzi właśnie kapłan.
Polska jest od tysiąca lat krajem chrześcijańskim. Poza okresem Rzeczpospolitej Obojga Narodów i wielkiej ekspansji na wschód, krajem ze znaczną przewagą rzymskich katolików. Obecnie ponad 95 proc. Polaków zamieszkałych w kraju podaje to właśnie wyznanie jako własne. I jednocześnie na licznych blogach internetowych anonimowo szkaluje się kapłanów i ich pracę. Przedstawia się ich jako prymitywnych, zachłannych osobników, dla własnej korzyści ogłupiających ludzi. Szkaluje się demokratycznie, czyli anonimowo. Zastanawiające, jak to te niespełna 5 proc. populacji jest w stanie podnieść tak wielki harmider medialny. Ale to inna historia...
W „Encyklopedii Staropolskiej” Zygmunta Glogera znajdujemy opis staropolskiej kolędy. W dawnych czasach księdzu towarzyszył organista i chłopiec z wielką kobiałką, do której wierni wkładali „datki w naturze” - sery, jaja, grzyby suszone, orzechy i inne wiktuały, zgodne z porą roku. Obecnie wierni zazwyczaj składają datek, w postaci pewniej kwoty. Pieniędzy.
I o to chyba „znawcy tematu” mają największe pretensje. Darmozjady w sutannach robią zamach na domową kasę ! Nie dość, że przychodzą nie wiadomo po co, to jeszcze wyciągają łapy po nie należące do nich dobro. Żądają pieniędzy, które można by wydać na jakieś fajne łaszki, na jakąś buteleczkę...
Czy rzeczywiście darmozjady? Czy rzeczywiście żądają? Czy rzeczywiście dla siebie?
Administrowanie parafią (we wszystkich znaczeniach tych słów) jest trudne. Pracy jest wiele. Wie o tym każdy uważny obserwator. Znacznie łatwiej byłoby – tak, jak robi wielu – zasiąść w cieple przed kominkiem czy telewizorem. A tu obowiązek każe iść. W śnieg, w mróz, w ciemność. Do ludzi, którzy potrzebują. Do tych, którzy czekają. Iść ze Słowem Bożym, z pociechą, z pomocą w rozwiązywaniu ich problemów. Zazwyczaj wizytowani parafianie częstują herbatą, ciastem. Tak każe staropolska go-ścinność. Często składają datki. Z własnej woli. Nie słyszałem, aby kiedykolwiek jakikolwiek ksiądz dopominał się pieniędzy „po kolędzie”. Kto chce ofiarę składa, kto nie chce czy nie może – nie musi. To sprawa całkiem osobista. I nikt nie powinien tego zjadliwie komentować.
„Dzisiaj coraz więcej jest takich rodzin, w których trzeba zostawiać pieniądze niż od których można przyjąć ofiary - mówi ks. prałat Edward Żmijewski, proboszcz parafii Matki Bożej Zwycięskiej w Rembertowie ( i dziekan dekanatu rembertowskiego). Zdaniem proboszcza parafii Opatrzności Bożej w Wesołej, ks. kanonika Zbigniewa Wojciechowskiego, kolęda uczy autentycznej wiary. Bo kiedy ksiądz widzi, że dom jest naprawdę religijny, że ludzie się razem modlą i starają się dobrze żyć, to jednocześnie umacnia i swoją wiarę. Utwierdza się w przekonaniu, że warto tym ludziom służyć, warto się dla nich starać, ofiarować coś z siebie. Kolęda - to także doskonała lekcja pokory. Czasem puka się do drzwi. Ktoś wychodzi i mówi: dziękuję bardzo, ale księdza nie chcemy. I wtedy też trzeba się uśmiechnąć, grzecznie podziękować i odejść. (Milena Kindziuk, :Jak to na kolędzie bywa”,„Niedziela”, Edycja warszawska, 03,2002).
Większość przyjmuje tę wizytę z radością. Niektórzy dziękują i nie przyjmują. Powody są różne – są innego wyznania, lub wierzą, że nie wierzą. Każdy ma swój powód. Czasem jednak kapłan z Dobrym Słowem napotyka na nienawiść. Nawet na agresję. Tu już nie ma powodu, tu jest patologia, brak kultury, jakieś drążące fobie.
Kilka lat temu w telewizyjnej rozmowie ekumenicznej ks. Aleksander Seniuk zadał swemu starozakonnemu rozmówcy pytanie: „Co by Pan zrobił, gdyby siadając do szabasowego stołu usłyszał dzwonek do drzwi. Otwiera Pan, a w drzwiach stoi Jezus Chrystus. Co by Pan zrobił?”. I wówczas członek zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, Stanisław Krajewski, odpowiedział: „Cóż... zaprosiłbym Go do stołu”. Tak może powiedzieć człowiek nie tylko niezachwiany w swej wierze, ale i obdarzony wielką kulturą własną.
Starajmy się przyjmować Dobre Słowo godnie i odpowiadać na nie naszym dobrym słowem.
Andrzej Klimm
Komentarze
- Gość (83.31.41.57) / 25.12.2010 11:50:59
Użyłem słowa "kraj" świadomie. Religia scalała Polskę nawet wówczas, gdy nie istniało państwo Polskie - w czasie rozbicia dzielnicowego, czy w okresie rozbiorów. Od kiedy zaś Polska jest chrześcijańska, trudno dokładnie określić. To był proces rozłożony w czasie. Umownie przyjmujemy datę 966r. - roku chrztu księcia Mieszka. Ale z jednej strony wykopaliska w Wiślicy ukazują ślady chrześcijaństwa sięgające może nawet VII wieku, a z drugiej bunt mazowieckiego Masława (Miecława) pokazuje, że nowa wiara nie wszędzie była dobrze przyjmowana nawet po Bolesławie Chrobrym. Natomiast to, że wielu osobom mogła sie ta wiara nie podobać, to oczywiste. Apoteoza dobra i potępienie zła dla wielu jest bardzo niewygodne. Takze obecnie wiele się robi, aby tę religię zniszczyć. Proszę zwrócić uwagę, ze na świecie (muzułmańskim, hinduistycznym itp) nadal giną wyznawcy chrześcijaństwa natomiast nie spotyka się - mimo medialnych rewelacji zwlaszcza z krajów arabskich - mordowania przez chrześcijan wyznawców innych religii. Ale to inny temat.
Andrzej Klimm - Gość (83.31.24.188) / 24.12.2010 15:30:26
Polska jest krajem (a może państwem) chrześcijańskim od ponad 1150 lat, tylko wielu osobom na przestrzeni dzejów się to nie podobało i wiele zrobiono, żeby tą epokę skrócić.


Katalog firm
Forum
Blogi
Mapa wesołej
Foto
Archiwum










