O wychowawczych dylematach współczesnej rodziny
fot. Anna Krzemińska
Postanowiłam napisać o rodzinie w kontekście zjawisk: kompensacji, więzi i bezpieczeństwa, dzieląc się swoją refleksją nad związanymi z nimi problemami życia prywatnego pokolenia moich rówieśników, 30-35- cio latków. Chciałabym tu skłonić Państwa do przemyśleń i raczej postawić kilka pytań niż starać się na nie odpowiedzieć.
Rodzina. Temat - rzeka, przedmiot opracowań naukowych jak i podstawowa przestrzeń ludzkiego życia. „Podstawowa komórka społeczna” jak rozpoczynają jej opis wszystkie podręczniki socjologii. A tak naprawdę ? Rodzina jest sceną naszego życia, dla wielu największą motywacją, dla wielu platformą realizacji podstawowych potrzeb i pragnień od bezpieczeństwa po miłość, dla innych azylem lub swoistą ideą bycia i życia wśród innych ludzi.
Dlaczego postanowiłam napisać o rodzinie, chociaż temat ten jest podejmowany stale przez różnych specjalistów i naukowców w różnych kontekstach? Pozornie wydaje się więc, że niewiele można tu dodać, a poza tym każdy z nas jest przecież ekspertem, bo (prawie) każdy z nas ma rodzinę, z niej wyrósł on sam i jego całe życie.
Moje pokolenie jest ostatnim(?), które w zakamarkach świadomej pamięci własnego dzieciństwa ma wpisane czasy niedoborów stanu wojennego i lat 80- tych. Czy miało to na nas wpływ? Z pewnością. Zastanawialiście się Państwo jaki ?
Ja obserwuję go w wielu sferach naszej dorosłości. W kontekście zjawiska w/w kompensacji braku przekładanego na własne małe dzieci zadziałał wydaje się bardzo prosty mechanizm rekompensowania własnych braków (odczuwalnych w dzieciństwie, lub zauważonych jako brak już w dorosłym życiu ) naszym dzieciom na różnych polach ich aktywności.
Pragnę podzielić się tu moją prywatną i subiektywną oraz uproszczoną na potrzeby krótkiego tekstu teorią nazwijmy to „pętli kompensacyjnej”.
Nasze pokolenie inwestuje bardzo dużo w otoczenie i wyposażenie dziecka już od chwili jego narodzin. Dajemy mu wszystko to, czego nie mieliśmy sami. Od mebelków i wózków, przez wszelkiego typu zabawki, po możliwie najlepszą i najbardziej różnorodną edukację szkolną i pozaszkolną.
Często przesadzamy. Bardzo. Ale ponieważ motywacja jest czysta i wynika z doświadczenia wybaczmy to sobie. Tylko, że pod jednym warunkiem: Zachowując świadomość, że owa kompensacja toczy się swoistym kołem międzypokoleniowym zmieniając swój przedmiot i charakter w zależności od rzeczywistości i kontekstu społeczno - historycznego. Jak?
Nasi dziadkowie i rodzice starali się kompensować nam braki materialne silną więzią miłości, zaangażowaniem, intensywnym życiem rodzinno-towarzyskim. Nikt nie gonił tak bardzo za dobrobytem, bo był on ogólnie niedostępny dla większości.
My otrzymując powyższe, już za tym nie tęskniliśmy przyjmując owe więzi i miłość za pewnik, za to we wczesnej młodości doświadczyliśmy zmiany systemu i zachłysnęliśmy się potrzebą posiadania i statusu społecznego. W świadomości zbiorowej pokolenia narodziła się potrzeba dania dzieciom wszystkiego tego, czego sami nie mieliśmy. Ponieważ nasi rodzice raczej zadbali o nasze wykształcenie (często kosztem wielu wyrzeczeń) udało się nam osiągnąć poziom życia klasy średniej i stać nas na zapewnianie naszym dzieciom lepszej i dostatniejszej przyszłości. A więc zapewniamy ją jak najlepiej umiemy. 10- 12 h na dobę. Często oboje rodziców na raz.
Co powstaje? Nastawienie na konsumpcję kosztem rozluźnienia lub wręcz zaburzenia więzi.
Czy to oznacza, że nasze dzieci, gdy dojdą w swoim dorosłym życiu do etapu refleksji znów odwrócą trend? Czy mając dobra materialne poszukają utraconych więzi, wartości, archetypu rodziny?
Tego nie wiemy. Sama zastanawiam się czy to ma sens...
Życie społeczne to stały rozwój, jeśli przebiega bez wojen i innych zjawisk tworzących wyrwy pokoleniowe. Stały rozwój to budowanie kolejnej warstwy na już istniejącej zróżnicowanej podbudowie. Czy nasze dzieci, wnuki, dalsze pokolenia znajdą harmonię pomiędzy być i mieć? Czy wyjdą ponad pętlę kompensacji?
Zabrzmiało może nieco patetycznie, ale warto się nad tym pochylić już teraz.
Spotykając wielu swoich rówieśników widzę czasem ludzi młodych, ale zmęczonych, nie do końca szczęśliwych i dumnych ze swoich osiągnięć.
Dlaczego? Wychowani w rodzinach, gdzie więzi były istotne naturalnie sami marzymy o swojej rodzinie podług wzoru wyniesionego z własnego domu. Tylko wszystko chcemy ulepszyć poprzez dodanie do naszych idealnych wyobrażeń kontekst dobrobytu.
Dwoje ludzi darzy się uczuciem, zaczynają wspólne życie, pojawiają się dzieci. Może nie od razu, bo najpierw należy coś osiągnąć. Ale wreszcie się pojawiają . Wraz z nimi radość i optymistyczne patrzenie w przyszłość.
Zdarza się jednak, że młodzi rodzice po pierwszym trudnym dla nich roku życia dziecka zaczynają odczuwać przygnębienie, a często bombardowani artykułami i poradnikami, wizualizacjami medialnymi o tym, jak być jednocześnie idealną mamą lub tatą, robić karierę, dbać o siebie, zauważają, że nie są w stanie zrealizować nawet części tzw. dobrych rad - stąd zaczynają odczuwać frustracje, tęsknią za aktywnością zawodową i towarzyską, za chwilą czasu dla siebie. To naturalne. Ponadto narodziny dziecka często wiążą się z przeprowadzką i zmianą otoczenia, oddaleniem od dotychczasowych wieloletnich znajomych, dziadków, rodziny przestawiając życie rodziny we wszystkich niemalże sferach. Wszystko trzeba zorganizować więc na nowo. Często w obcym mieście. Bez naturalnego wsparcia rodziny, bez oczywistych więzi, które zaczynają pękać.
Co się pojawia wtedy ? Poczucie braku bezpieczeństwa. I znowu wraca wątek kompensacji. Jak?
Z wrodzonej przekory postanowiłam się tym z Państwem podzielić, być może przerysowując nieco rzeczywistość i prowokując do przemyśleń lub ewentualnie nawet do protestu.
Otóż nie lubię słowa „bezpieczeństwo” w ustach moich rówieśników, rodziców dzieci w przedziale najczęściej 0-10 lat. Dlaczego?
Przecież poczucie bezpieczeństwa to podstawowa ,wręcz pierwotna potrzeba nie tylko człowieka, ale i świata zwierząt więc dlaczego tak mnie drażni?
Ponieważ moje pokolenie oszalało na punkcie tego pojęcia wyzierającego z mediów i krzywdzącego ludzi w dalszej perspektywie.
Karykatura pojęcia „bezpieczeństwo” którą spotykam codziennie wygląda następująco: 10 poduszek powietrznych w samochodzie i wszystkie systemy hamowania, parkowania, kontrola trakcji, gumowe nakładki na meble i drzwi, specjalne nawierzchnie na terenach rekreacji, piasek z atestem w piaskownicy, ubezpieczenia i zabezpieczenia od wszystkiego, antyalergiczne koty bez sierści, antypoślizgowe kapcie, niepalne podłogi, barierki, blokady kontaktów, fotoradary itd.
To wszystko wymyślono, by nam pomóc i ułatwić życie. Oczywiście, że jeżdżę samochodem z poduszkami powietrznymi i mam nadzieję, że nie dowiem się nigdy o ich istnieniu. Nie będę mówić, że nie używam tych udogodnień, bo byłoby to nieuczciwością, chociaż z części z nich jednak świadomie rezygnuję,. Mam pewne wątpliwości, czy nie idziemy w tym za daleko zwalniając siebie i swoje dzieci z myślenia i odpowiedzialności za własne czyny, oczywiście w zakresie adekwatnym do ich wieku i rozwoju .
Kompensacja?
Wielu z nas wie co to świetlica szkolna, czy samodzielny powrót z kluczami do pustego domu. Wielu z nas bawiło się na trzepaku, który nie miał odpowiedniego atestu i zbierało jagody i grzyby bez strachu o choroby, jakimi mogą być zakażone. Nie zapomnę radości jazdy na nartach biegowych do szkoły w 4-tej klasie w pewnej podwarszawskiej miejscowości. I radości zbierania żołędzi dla dzików na lekcji ZPT. To nie było wiek temu i nikomu z nas nic się nie stało. Każdy wiedział na co ma uważać. Większość znała granice. Może nie mieliśmy dużo zajęć dodatkowych, ale mieliśmy wolność wyobraźni. Coś za coś . Jak to w życiu.
A więc drażni mnie wypaczone pojmowanie bezpieczeństwa jako bezwzględnego przewidywania i likwidowania wszelkich możliwych zagrożeń zanim inny, np. nasze dziecko zdąży o nich pomyśleć. A jeśli okaże się że coś przeoczyliśmy i nasza pociecha nieświadomie się skrzywdzi? ( Jeszcze raz podkreślam, że nie chodzi tu o maleńkie dzieci.)
A może warto zachować umiar i nie otaczać naszych dzieci szczelnym kloszem nadopiekuńczości, tylko mądrze i powoli dawkując im samodzielność uczyć odpowiedzialności za siebie i innych i poczucia sprawstwa w kontekście prostego mechanizmu przyczyna - skutek. Nie zwalniajmy dzieci z myślenia, oczywiście siebie również, ale dajmy im doświadczać samodzielnie. To taki prywatny apel wychowawcy i pedagoga obserwującego różne typy rodzin na co dzień. Ochrona naszych dzieci to nasz obowiązek i naturalne działanie każdych (nie dysfunkcyjnych) rodziców.
Może jednak warto pozwolić naszym dzieciom posmakować, doświadczyć, przeżyć, zapamiętać, zrozumieć, wyobrazić sobie, analizować, wyciągać wnioski, przewidywać, porównywać, planować, abstrahować, ponieść konsekwencje.... a więc samodzielnie rozwijać to, co będzie bazą ich przyszłego życia: MYŚLENIE.
Oczywiście, że musimy być przy nich, ale nie ograniczajmy im swobody przy równoczesnym podporządkowywaniu im całego swojego życia, bo nie damy rady. Bo kiedyś coś pęknie. W nas, między nami a partnerem, w relacjach z dziećmi, które będą za wszelką cenę szukać ucieczki spod klosza naszej zaborczej miłości. Żyjemy dla naszych dzieci. To naturalne, ale żyjemy dla nich za bardzo. Dzieci nie mając granic i rządzą domem. Pajdokracja, czyli rządy dzieci? Dalsze scenariusze przecież możemy sobie wyobrazić.
A przecież wszyscy wiemy, że brak granic nie niesie szczęścia i poczucia bezpieczeństwa, o którym pisałam powyżej.
Bezpieczeństwo to poczucie więzi i wsparcia w potrzebie, a nie stała kontrola każdego ruchu, zwolnienie z myślenia i zapobieganie przykrym doświadczeniom. Kolano stłuczone na rowerze to nie koniec świata. Co pamiętamy z tego wydarzenia? Pretensje do rodziców, że się przewróciliśmy, że nie kupił nam nakolanników i kasku? Czy może coś innego: rodzica z liściem babki opatrującego nas na ulicy, wycierającego łzy i tłumaczącego dlaczego trzeba uważać na korzenie, czasem wygłaszającego słynne: „A nie mówiłem?”I tulącego nas mocno i z miłością.
Mówiłeś tato, tylko ja musiałem doświadczyć sam. Przeżyć i stać się o jeden dzień bardziej dorosły. I przyznać Ci rację = uszanować Ciebie, jako tego, kto wiedział i przestrzegł. Proste?
Czy można się z tym nie zgodzić?
Poruszyłam tylko prawie hasłowo dwa wątki, a o wychowaniu można pisać w nieskończoność...
We współczesnym, dynamicznym świecie nie ma jednego wzorca, szablonu, przepisu na wychowanie, a szczególnie w świecie, który nie daje nam pewności jaki będzie, gdy nasze dzieci dorosną.
Teraz nie mamy takiej pewności. Nasze pokolenie skupia się na kompensacji braków z własnego dzieciństwa, a tymczasem tworzą się nowe jakości i kreują nowe wyzwania dla każdego człowieka. Kiedyś wiadomo było jaki on będzie za 20 lat i w jakie cechy i umiejętności powinno się wyposażyć młodego człowieka, aby potrafił odnaleźć w nim swoje miejsce, aby czuł się jego częścią (WIĘZI), a jednocześnie czuł, że posiada siłę sprawczą wobec swojego otoczenia. Dziś nie mamy takiej pewności.
Zmieniają się zarówno rzeczy zasadnicze, takie jak systemy wartości, jak i te pomniejsze dotyczące zwyczajów, obyczajów. Co wiemy na pewno, to to, że świat naszych dzieci będzie wielokulturowy i wielojęzyczny. Będą one więcej podróżować i więcej obcować z ludźmi innych ras i religii, będą dużo częściej uczyć się i pracować poza swoim domem rodzinnym, miastem, krajem, kontynentem.
Stąd pojawia się wyzwanie przygotowania młodego pokolenia do stykania się z nowym i nieznanym, bez przeżywania szoku, frustracji , poczucia obcości.
Warto więc zastanowić się nad tym, czy mądry dorosły powinien ograniczać doświadczenia małego dziecka tylko do tego co bezpieczne, bliskie i znane? Na tak postawione pytanie nie ma jednoznacznej, jasnej odpowiedzi. Za każdym razem jest to sprawa świadomej (bądź intuicyjnej) analizy całości kontekstu wychowawczego i indywidualnego wyboru osoby dorosłej, która towarzyszy dziecku w rozwoju.
Zasygnalizowanych powyżej jak i wielu innych dylematów jest wiele, boryka się z nimi bowiem każda rodzina stanowiąc dla dzieci pierwsze i ważne laboratorium życia społecznego. Nie wychowujmy jednie przez kompensację braku i nadmierne zabezpieczenie przed światem, bo prędzej czy później nasze dzieci się z nim zmierzą. I muszą być mocne. A więc muszą się tego nauczyć. W dzieciństwie. Od nas. Mądrze.
Skupmy się bardziej na naszych relacjach i więziach, bo one w natłoku spraw i tempie życia niebezpiecznie się rozluźniają prowadząc za cichym przyzwoleniem społecznym do rozpadu rodziny. Rozpadu podstawowej komórki społecznej, a więc choroby całego pokolenia.
Mam nadzieję, że może skłoniłam Państwa do kilku refleksji, bowiem dotyczą również mnie samej, mojej rodziny, moich doświadczeń i własnych błędów. Dlatego nie staram się moralizować, staram się analizować i zrozumieć. I Państwa również do takich refleksji zachęcam.
Kinga Kuźma Gołdanowska
mama Maksymiliana,
Pedagog, politolog i prawie muzyk
Komentarze
- Gość (216.147.146.151) / 22.01.2012 08:39:02
I'm not quite sure how to say this; you made it extrelmey easy for me!
- Gość (83.5.156.249) / 17.09.2010 22:44:21
Świetny artykuł, przeczytałem z przyjemnością.
- Gość (109.243.135.128) / 13.09.2010 23:31:34
"Jeżeli wszystkie dzieci na podwórku coś mają jak wytłumaczyć naszemu dziecku, że my uważamy, że nie jest to niezbędne?" : a jak postępujemy choćby w przypadku rozpoczęcia przygody naszego malucha z przedszkolem? Dziecko płacze, złości się ale - nie ulegamy. Wiemy, że krzywda mu się nie dzieje i że ma to cel wychowawczy. Tyle.
- Gość (109.243.135.128) / 13.09.2010 23:24:36
Gratuluję artykułu!
- Gość (83.24.238.219) / 13.09.2010 09:35:09
Trudny temat wychowania. Świetny artykuł. Myślę, że takie zachowanie rodziców, to nie tylko brak tych wszystkich rzeczy w dzieciństwie, ale także, presja społeczna i reklmay. Jeżeli wszystkie dzieci na podwórku coś mają jak wytłumaczyć naszemu dziecku, że my uważamy, że nie jest to niezbędne?


Katalog firm
Forum
Blogi
Mapa wesołej
Foto
Archiwum










