Noworoczny kalejdoskop
Nowy rok rozpoczął się nam dość niespokojnie. Ludzie zdrowi powoli dowiadują się o licznych podwyżkach cen różnych towarów i usług. Zdrożały wszystkie nośniki energii i w ślad za nimi zdrożeje niemal wszystko, ale z pewnością dowiemy się niebawem, że dla zrównoważenia naszego chudego portfela staniały parowozy i surówka wielkopiecowa. Przepraszam, tu mnie poniosło. Wszak to nie PRL. Surówki wielkopiecowej już nie ma. Wielkich pieców też. Pozostały tylko podwyżki. Cen, nie pensji.
W 1976 roku (może ktoś to jeszcze pamięta) po podwyżce cen mięsa i wyrobów mięsnych o kilkanaście procent wybuchły społeczne protesty. Największe w Radomiu i w Ursusie. Protestował głównie proletariat wielkoprzemysłowy. Podobnie było w roku 1970. W roku 1980 powodów było więcej. Siłą napędową nadal był tenże proletariat. Więc po wywalczeniu demokracji i wybiciu się na niepodległość – w ramach zmiany systemu - zlikwidowano ów wielkoprzemysłowy proletariat. Zazwyczaj z jego miejscami pracy. Atomizacja społeczeństwa była jednym z celów komunizmu. Dziwne, ale nowe tego owoce zbieramy jeszcze teraz.
Ludzie chorzy od pierwszego dnia nowego roku nabierają zdrowia dzięki medycynie naturalnej, polegającej na bieganiu od Annasza do Kajfasza, czyli od lekarza do aptekarza (w wielu przypadkach tam i z powrotem). Cóż, podobno bieg to zdrowie. Najzdrowszy zaś ma być jogging emerytów i rencistów. Wspaniała nowa ustawa o naszym zdrowiu ma ukrócić niecne poczynania mafii lekarsko-aptekarskiej, wyłudzającej od NFZ nienależne świadczenia receptowe dla swoich pacjentów w imię interesów mafii koncernów farmaceutycznych. Tak to wynika z publicznych wypowiedzi najwyższych państwowych urzędników. W ubiegłym roku zdemaskowano ten niecny proceder i wykryto aż 6 (słownie sześć - to nie pomyłka) nienależnych recept. Nowa ustawa zapobiegnie temu. Nowa ustawa, nowe recepty, nowy sposób ich wypisywania i realizacji. Nowe obowiązki dla tysięcy pracowników służby zdrowia. Nowe rzesze kontrolerów. Od nowego roku, zapewnił minister w przeddzień sylwestra, będzie dobrze. A – jak kiedyś stwierdził nieoceniony Benedykt Chmielowski w swej encyklopedii – „koń jaki jest, każdy widzi”. Waaadza z niezmąconym spokojem informuje, że jest dobrze, a jak jest, każdy właśnie widzi. Stare łacińskie przysłowie „Qui vivra, verra” (kto dożyje, zobaczy) nabiera tu jakiegoś dziwnego znaczenia.
Z końcem starego roku zakończyła się polska prezydencja w Unii Europejskiej. Jak przewidywałem, była dość nijaka. Ale czego wielkiego można się było spodziewać od przewodniczenia kraju, który poza kuchnią regionalną niespecjalnie miał się czym pochwalić? To nie złośliwość, ale stwierdzenie smutnego faktu. Stałe swary wewnątrz i na zewnątrz kraju. Brak jasności w polityce wewnętrznej i zewnętrznej. Brak stabilności społecznej. Postępująca pauperyzacja dużej części społeczeństwa. Nie szukam tu winnych, stwierdzam tylko fakt. Smutny, ale który trzeba widzieć. Głównym wkładem Polski w Unię w czasie tej prezydencji były imprezy kulturalne – udane, ale które można i trzeba organizować także i z innych okazji. Znakomicie bowiem promują Polskę jako taką, niezależnie od trendów politycznych. Znacznie bardziej niż bączki, które przewinęły się bez jakiegoś wielkiego aplauzu i znikły. Największym sukcesem było to, że więcej od Polski znaczący członkowie Unii dopuścili do kryzysowych rozmów także przedstawiciela prezydencji – co prawda dopiero po usilnych staraniach. To powinno uzmysłowić, ile tak naprawdę liczy się nasz kraj w Unii i jaka jeszcze długa droga do tego, by był traktowany odpowiednio do naszych aspiracji.
Od tego dość bezbarwnego tła wyraźnie odróżniały się dwa efektowne momenty. Pierwszym było osławione berlińskie wystąpienie polskiego ministra spraw zagranicznych. Radosław Sikorski powiedział tam wszystko to, co chciał, aby usłyszała Unia. Niekoniecznie Polska. Wystąpił tam jak prawdziwy europejski mąż stanu (piszę to bez cienia złośliwości). Tylko, czy wszystko to, co mówił, jest zgodne z polską racją stanu? Jaka jest więc ta polska racja stanu? Może by to ktoś kiedyś wreszcie jasno nam wyłożył? Drugim fajerwerkiem było brukselskie wystąpienie premiera polskiego rządu na zakończenie polskiej prezydencji. Także i to przemówienie, przerywane licznymi oklaskami, było znakomitym wystąpieniem europejskiego męża stanu. Jego wizja, jak zdusić kryzys, była jasna i czytelna dla każdego europejczyka. Tylko, czy oddawała także odczucia, pragnienia i obawy przeciętnego Polaka? Mam tu pewne wątpliwości.
Oba przywołane wystąpienia polskich polityków były udane, pomijając reakcję na nie opozycji. Ale były to wystąpienia ludzi, którzy swoją przyszłość polityczną wiążą z Unią, niekoniecznie z Polską. Była to bardzo udana auto-, czy lepiej europromocja, o co zresztą nie powinno się mieć wielkich pretensji. Bez względu na politykę wewnętrzną miło byłoby mieć Polaków we władzach unijnych. Tak jak miło jest, że nie całkiem udany premier Buzek jest całkiem poprawnym przewodniczącym Buzkiem. Tak jak i całkiem poprawnymi byli wszyscy dotychczasowi prezydenci ostatniego dwudziestolecia. Różne osobowości, różne polityczne życiorysy, różne opcje polityczne, ale – poza rozmaitymi mniejszymi czy większymi „wpadkami” – całkiem poprawni w pełnieniu tej prestiżowej funkcji. Lepsi czy gorsi, ale poprawni. A mogli być gorsi... Ale nie byli i robienie z któregokolwiek z nich „czarnego Piotrusia” jest pozbawione sensu.
I na zakończenie jeszcze jeden temat samorządowy. Otóż dowiedzieliśmy się, że w ramach ustalania budżetów na 2012 rok niektóre samorządy samodzielnie przeznaczyły publiczne środki na „In vitro”, którą to łacińską nazwą określa się w Polsce procedurę medycznej pomocy w uzyskaniu zapłodnienia. Jest to temat równie ważny, co wzbudzający wiele emocji. Mamy w naszym kraju długą tradycję tego, że krawiec robi buty, a Cygana wieszają zamiast kowala. Może czas już byłoby skończyć z takimi praktykami? Może kontrowersyjną sprawę „In vitro” pozostawić osobom do tego powołanym i merytorycznie przygotowanym – mam na myśli medyków i etyków? Jest wiele ważkich argumentów „za” i „przeciw”, ale czy należy rozwiązywać ten problem poprzez głosowanie gminnych radnych? Może wreszcie niesłychanie trudne zagadnienia medyczne i moralne powierzymy najwyższym autorytetom z tych dziedzin i to ich propozycje staną się podstawą do działania „władzy”? Może wreszcie te środki publiczne zostaną (do czasu rozwiązania problemu) skierowane na cele równie ważne – jak pomoc coraz liczniejszym najuboższym, coraz liczniejszym niedojadającym dzieciom, czy choćby na rozwój chronicznie niedofinansowanej pomocy paliatywnej – którym to eufemizmem określa się prawo do godnego odejścia osobom nieuleczalnie chorym.
Przed nami trudny rok. Kryzys finansów światowych musi rzutować także i na finanse naszego kraju. Tylko chciałbym, aby wreszcie ktoś kompetentny, najlepiej luźno bądź wcale nie związany z polityką, powiedział, czy jesteśmy tą mityczną już „zieloną wyspą”, czy może następnym kandydatem do bankructwa. Czy mikre oszczędności przeciętnego Polaka są bezpieczniejsze w banku czy w skarpecie? Czy emeryci mogą spać spokojnie, czy też ich mikre emerytury wnet stracą swą siłę nabywczą? Czy przeciętny Polak może ufnie patrzeć w przyszłość i nie planować ucieczki „za chlebem”? Odpowiedzi na te pytania są trudne. Ale oczekuje na nie bardzo wielu z nas. I to nie odpowiedzi, że wszystko jest OK., że jest nieźle, a będzie jeszcze nieżlej. Oczekujemy prawdy, nawet gdyby byłaby ona trudna. Ale oczekujemy jednej prawdy, a nie różnych półprawd, różnych na różne okazje. Jak uczy historia, Polacy dawali sobie radę w sytuacjach najtrudniejszych. Ale do tego zawsze potrzebowali jasnego obrazu sytuacji. Wówczas uruchamiali jakieś ukryte wewnętrzne rezerwy i wygrywali. Natomiast rozmydlanie problemów, zaciemnianie obrazu, powodowało bierność i wewnętrzną czy zewnętrzną emigrację. A później zazwyczaj następował „Big Bang” czyli wielki wybuch.
Czego sobie zupełnie nie życzymy.
Andrzej Klimm

Katalog firm
Forum
Blogi
Mapa wesołej
Foto
Archiwum







