Motocyklem do Katynia
fot. Anna Krzemińska
Wczoraj, 18 września, zakończył się motocyklowy X Rajd Katyński, którego ponad 100 uczestników przyjedzie 2 października do Wesołej. Wezmą udział w ceremonii sadzenia dębów upamiętniających jednego z oficerów poległych w Katyniu oraz biskupa polowego Tadeusza Płoskiego i jego sekretarza, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej.
Dęby zostaną zasadzone obok kościoła św. Andrzeja Boboli na osiedlu wojskowym. Inicjatorem tej uroczystości jest Waldemar Korzeniewski, mieszkaniec tego osiedla i jedyny uczestnik X Rajdu Katyńskiego z naszej dzielnicy. Były wojskowy, a obecnie właściciel agencji ochrony Wiking. Człowiek, który kocha motocykle, a jednocześnie jest patriotą. Na motorze zaczął jeździć 10 lat temu. – Mojego tatę fascynowały motocykle, ale nigdy żadnego nie miał – opowiada Waldemar Korzeniewski. – Można więc powiedzieć, że zrealizowałem jego marzenie. O jeździe na motorze myślałem od dawna, ale przez długi czas wydawało mi się, że to droga zabawa. Przekonałem się, że jest inaczej dopiero, gdy podszedłem na pikniku w Wesołej do grupy motocyklistów i zapytałem, ile taki sprzęt kosztuje. Okazało się, że nie trzeba na niego wydawać fortuny.
Na zdjęciu Waldemar Korzeniewski, fot. Anna Krzemińska
Jednocześnie, od dawna chodziło mu też po głowie, żeby wybrać się do Katynia. Uważał za draństwo, że za PRL władze ukrywały prawdę o tym wydarzeniu. - Służyłem w wojsku, a władza nie chciała, żebym wiedział, co stało się z moimi poprzednikami, żołnierzami, których zabito w Katyniu – mówi. – Nie wolno mi było tego wiedzieć, w szkole, w wojsku był to temat zakazany. Chciałem pojechać do Katynia, żeby tym żołnierzom oddać hołd.
O motocyklowym Rajdzie Katyńskim dowiedział się przypadkiem, od znajomych. Postanowił wziąć w nim udział, choć rajd miał trwać kilka tygodni. Jego celem jest bowiem nie tylko pojechanie do Katynia (czemu towarzyszy zapalenie tam zniczy i położenie wieńców), ale i do innych miejsc na Wschodzie, w których dokonano masowych mordów na Polakach. Także do tych miejsc, które są dziś zapomniane, jak Koniuchy na Litwie. Uczestnicy rajdu odwiedzają też mieszkających za wschodnią granicą Polaków, przekazują im polskie książki i podręczniki szkolne. Wiozą też dary dla tamtejszych domów dziecka. Śpią w namiotach, kąpią gdzie się da, żywią się tym, co popadnie, a czasem sami sobie gotują. Wieczorem śpiewają przy ognisku. Prawdziwy rajd, a jednocześnie rodzaj patriotycznej pielgrzymki.
Sztandar Rajdu Katyńskiego, fot. Anna Krzemińska
- Zeszłoroczny rajd był niesamowitym przeżyciem, którego nie da się oddać słowami – mówi Waldemar Korzeniewski. – Wspaniałe było to, z jaką radością witali nas mieszkający tam Polacy. Dla nich byliśmy kawałkiem Polski. Wspaniałe było też koleżeństwo łączące uczestników rajdu. Wszyscy byliśmy na „ty”, pomagaliśmy sobie, nie było mowy o tym, żeby kogoś zostawić, gdy zepsuł mu się motor. Wstawialiśmy go na lawetę i naprawialiśmy na pierwszym postoju. Zapadała też w pamięć więź z motocyklistami z krajów, przez które przejeżdżaliśmy. W Petersburgu nasi rosyjscy koledzy blokowali drogi, żeby nam pokazać to miasto. Podobne doświadczenia mieliśmy gdzie indziej.
Gdy Korzeniewski wrócił z zeszłorocznego rajdu, wyspał się porządnie, a gdy obudził się, żona zapytała go o wrażenia. „Szykuję się do następnego rajdu” – odpowiedział. Żył nim przez wiele miesięcy, a na tydzień przed wyruszeniem w drogę miał już wszystko spakowane. W tegorocznej jubileuszowej edycji Rajdu Katyńskiego wzięło udział 115 motocyklistów. Zaczęli od mszy w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, przy grobie księdza Zbigniewa Peszkowskiego, który był m.in. Kapelanem Rodzin Katyńskich i Pomordowanych na Wschodzie i całe swoje życie apelował o ujawnienie prawdy o zbrodni dokonanej przez Sowietów w Katyniu. Ks. Peszkowski za życia kilka razy rozpoczynał Rajd Katyński, wystrzałem z pistoletu i słowami: „Pędźcie na koniach skrzydlatych w motocyklowej wyprawie. Pędźcie i nieście ze sobą naszą miłość, nasze tęsknoty…”
Początek rajdu, Warszawa 28 sierpnia 2010, fot. Anna Krzemińska
Po mszy zanocowali w namiotach obok Świątyni Opatrzności Bożej. Następnego dnia ruszyli w asyście policjantów na Plac Piłsudskiego, gdzie m.in. brali udział w honorowej warcie przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Potem złożyli kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego, wieńce pod Kamieniem Katyńskim na Podwalu, pod Pałacem Prezydenckim i pod monumentem upamiętniającym księdza Skorupkę, poległego w Bitwie Warszawskiej 1920 r.
Stamtąd pognali dalej, w stronę wschodniej granicy, odwiedzając po drodze – jak co roku - matkę ks. Jerzego Popiełuszki.
Jeszcze przed rajdem Waldemar Korzeniewski wpadł na pomysł, by w Wesołej posadzić dąb katyński. – Kilka lat temu Stowarzyszenie Parafiada zorganizowało kampanię „Ocalić od zapomnienia”, w której ramach prowadzona była akcja sadzenia dębów upamiętniających wszystkich Polaków poległych w Katyniu - opowiada. – Na 70. rocznicę zbrodni katyńskiej każdy, kto tam zginął, miał mieć swój dąb. To, niestety, się nie udało. Z tego wynikła moja inicjatywa. Poszedłem do księdza kapelana i ustaliliśmy, że posadzimy jeden dąb poświęcony jednemu z oficerów, poległych w Katyniu, porucznikowi Eugeniuszowi Piotrowskiemu z Warszawy oraz dwa dęby upamiętniające biskupa polowego Wojska Polskiego, generała dywizji, prof. Tadeusza Płoskiego i jego sekretarza, ks. ppłk. Jana Osińskiego. Ceremonia planowana jest na 2 października. Tego samego dnia odbędzie się oficjalne zakończenie motocyklowego Rajdu Katyńskiego. Jego uczestnicy po swej uroczystości przyjadą - z inicjatywy Korzeniewskiego - do Wesołej, by wziąć udział w sadzeniu dębów obok kościoła Św. Andrzeja Boboli, na Placu Wojska Polskiego. Ma w niej uczestniczyć również syn porucznika Piotrowskiego oraz pełniący obowiązki biskupa polowego, ks. prałat pułkownik Sławomir Żarski. - Chciałbym moją inicjatywą sprawić, że w Wesołej dęby katyńskie wyrosną także w innych miejscach – mówi Waldemar Korzeniewski. – Idealnym miejscem byłyby szkolne dziedzińce, żeby młodzieży przekazać wiedzę o tym tragicznym rysie naszej historii. Tym, którzy zginęli za Polskę, należy się nasza pamięć. Młodzież zamiast do zielonych szkół powinna jeździć do Katynia, Miednoje, Charkowa. Tak, jak młodzi Żydzi odwiedzają Oświęcim i Treblinkę. Bo chcą zrozumieć swoją historię, wyciągnąć z niej wnioski. Dopiero tam, w Katyniu, Charkowie, do człowieka dociera w pełni, co wtedy się stało. Jeśli młodzi ludzie nie zaczną tam jeździć, trudno będzie w nich wzbudzić patriotyzm.
Jacek Krzemiński
Komentarze
- Gość (77.114.187.8) / 21.09.2010 17:28:32
Ciekawe jak długo te dęby się utrzymają? Swego czasu posadziem na trawniku przed domem kilka drzew i kilkanaście krzewów, ale po kilku latach "firma ogrodnicza" w ramach porządków przed wyborami wszystko wykarczowała. Firma ta posadziła swoje krzewy, których wiekszość zmarzła zimą. Wiosną ja posadziłem nowe krzewy, ale tym razem zostały one wykoszone z trawnikiem. Od tego czasu nie widzę sensu angażowania się w urządzanie zieleni w strefie publicznej - ktoś i tak wszystko zniszczy, często za nasze, czyli podatników, pieniądze.
- Gość (10.4.1.189) / 21.09.2010 13:00:42
Katyń ma podwójne dno, z tym, że o tym drugim się nie wspomina: co zrobiły polskie władze między wrześniem 1939 i kwietniem 1940 aby zachować przy życiu, a może wyciągnąć z niewoli kilkadziesiąt tysięcy polskich oficerów? Nic nie zrobiły, a przynajmniej nic na ten temat nie wiadomo, czyli zostawiły ich na lodzie. Jest to wątpliwy powód do dumy. Smoleńsk 2010 to niestety kompromitacja polskiego systemu bezpieczeństwa i przestrzegania procedur. Prawdę mówiąc nie wiem, po co BOR pojechał tam na motocyklach "po fakcie" - trzeba było być we właściwym miejscu we właściwym czasie. Dlaczego np. Anders, Berling i inni nie zostali zamordowani w Katyniu? - gen. Anders był "zmiękczany" 17 miesięcy (!!!), ale trudno mieć do niego pretensję (tak z perspektywy ówczesnej, jak i obecnej), że zgodził się na współpracę z Rosjanami.


Katalog firm
Forum
Blogi
Mapa wesołej
Foto
Archiwum










