Mirosław Tokarczyk: Wesoła będzie jak Konstancin – tylko piękniejsza
Wywiad z Mirosławem Tokarczykiem, autorem herbu Wesołej, malarzem i grafikiem, mieszkańcem naszej dzielnicy prawie od urodzenia, który w 1992 r. kupił jedno z najstarszych polskich wydawnictw książkowych, Naszą Księgarnię i przez wiele lat nim kierował. W 2002 r. kierowanie Wydawnictwem przekazał swojej córce Agnieszce.
- Od kiedy Pańska rodzina jest związana z Wesołą?
- Mój ojciec przeprowadził się tutaj z rodziną w 1937 roku. Miałem wtedy niecałe cztery lata.
- Jak bardzo zmieniła się Wesoła od tamtego czasu?
Zmiany są ogromne. Kiedyś była to 2-tysięczna osada. Teraz mieszka tu 10 razy więcej ludzi. Największy skok dokonał się w ostatnim dwudziestoleciu. Pamiętam, jakim wielkim wydarzeniem dla mieszkańców było uruchomienie pierwszej linii autobusowej, łączącej Wesołą z Warszawą. Dziś łączy nas z innymi częściami stolicy wiele linii autobusowych i Szybka Kolej Miejska. Te zmiany dobrze obrazują dzisiejsze ceny nieruchomości w Wesołej. Przypomnę, że osiedle Groszówka wzięło swą nazwę od groszowych cen działek. Dziś ceny ziemi na Groszówce są takie, że dla wielu dom na tym osiedlu jest w sferze marzeń. Powstają tam luksusowe rezydencje na wielkich działkach. W przyszłości to osiedle, tak, jak duża część Wesołej, będzie przypominać Konstancin. Stanie się skupiskiem właśnie takich luksusowych rezydencji.
Na Zachodzie w wielkich miastach ludzie uciekają z centrów na peryferie. Centra tych miast zamieniają się w dzielnice biznesu i administracji, jest w nich coraz mniej budynków mieszkalnych, a coraz więcej biurowców. Tak samo dzieje się już w Warszawie i to zjawisko znajduje też odbicie w naszej dzielnicy.
- Na razie jednak w Wesołej, poza Starą Miłosną, powstaje niewiele nowych domów.
Budownictwo na naszym terenie blokuje brak planów zagospodarowania. Jest u nas sporo działek niezabudowanych, zalesionych, ale zdobycie pozwolenia na budowę na nich domu to droga przez mękę. Z powodu braku planów. W Wesołej trzeba odróżnić lasy państwowe, które są dobrze prowadzone, warte zachowania od pseudo lasów na prywatnych działkach. Są to na ogół skupiska rachitycznych sosen, takie drągowiska. Nazywanie tego lasem jest według mnie nieporozumieniem. Mimo to bardzo trudno dostać pozwolenie na budowę na tych działkach.
- Może dlatego, że każdy skrawek zieleni w tak dużym mieście jak Warszawa wydaje się na wagę złota.
- Ale przecież te tereny można zostawić jako zielone, wprowadzając zasadę, że działki budowlane muszą być odpowiednio duże, że większość ich powierzchni ma być przeznaczona właśnie pod zieleń. Zieleń, która dzięki temu mogłaby być lepiej ukształtowana niż dziś.
- Opowiada się Pan też za budową Wschodniej Obwodnicy Warszawy przez Wesołą.
- Tak, bo to jest konieczność, bo bez obwodnic Warszawa się zatka. Cały świat realizuje takie inwestycje. Ci, którym przechodzą one obok domu, zawsze protestują. Dlatego trzeba wybrać taki przebieg Wschodniej Obwodnicy Warszawy przez Wesołą, który będzie najmniej konfliktowy.
Dodam tylko, że początkom budowy kolei też towarzyszyły ostre protesty. Wielu ludzi twierdziło wówczas, że kolej zniszczy środowisko. Dziś jest uważana za ekologiczny środek transportu.
- Czego oprócz planów zagospodarowania brakuje Wesołej?
Knajpek, kawiarenek, takich publicznych miejsc, gdzie ludzie przychodzą posiedzieć, spotkać się, pogadać, poczytać gazetę, wypić kawę, gdzie można za nieduże pieniądze zjeść śniadanie, obiad. Takie miejsca integrują. Mamy wprawdzie trochę lokali gastronomicznych, ale one przeważnie są okupowane przez piwoszy, ludzi, którzy idą tam ze względu na wyszynk. Gdy ja i moja żona chcemy zjeść obiad poza domem, to jedziemy do Sulejówka, do restauracji "U Dziadka", bo w Wesołej czegoś, co by nam naprawdę odpowiadało, nie znaleźliśmy.
- Coś jeszcze wymagałoby w naszej dzielnicy poprawy?
- Stan czystości lasów. Z każdego spaceru do lasu, tak, jak parę innych osób, przynoszę siatkę butelek i puszek. Podnoszę je, bo nie mogę patrzeć na zaśmiecony las. Jednak nie wszystko da się wrzucić do siatki. W naszych lasach można się natknąć na zużyte kanapy, kołdry, lodówki. Z tym trzeba coś zrobić. Może szkoła powinna na to bardziej uczulać dzieci, żeby już od najmłodszych lat przyswajały sobie przekonanie, że w lesie nie powinno się wyrzucać śmieci. Sprzątanie lasu raz do roku w Dzień Ziemi nie wystarczy.
- Może zmieniłyby coś częstsze wspólne społeczne akcje sprzątania naszych lasów?
- Może tak, ale to musiałaby być oddolna inicjatywa. Za komuny władza urządzała w Wesołej czyny społeczne, które prowadziły do absurdów. Organizowała np. czyn społeczny, polegający na budowie chodnika, który potem robotnicy rozbierali i układali na nowo. Była w Wesołej grupa osób, która próbowała się takim praktykom przeciwstawić. Ja do tej grupy należałem, moja pierwsza żona także. Ona, razem ze szkolną młodzieżą, posadziła w Wesołej około 10 tysięcy drzew i krzewów. Dzisiejsza zieleń przy wesołowskich ulicach to w dużej mierze jej dzieło.
- Pan też się wtedy społecznie udzielał?
- W latach 80. wpadł nam do ręki szkic, z którego wynikało, że teren zajmowany przez TKKF przy obecnej ulicy Armii Krajowej ma być podzielony na działki budowlane dla tutejszych oficjeli. Za PRL za rzekome zasługi dla miasta wielu partyjnych działaczy i urzędników dostawało w Wesołej za darmo działki budowlane od państwa. Na tej samej zasadzie otrzymywali działki ich krewni i znajomi. To był wówczas powszechny proceder w podwarszawskich miejscowościach. My jednak nie chcieliśmy się pogodzić z tym, że sportowy teren TKKF ma być w taki sposób rozparcelowany. Wymyśliliśmy, że wybudujemy na tym terenie w czynie społecznym korty tenisowe. Władza na to krzywo patrzyła, ale z drugiej strony nie wypadało jej uniemożliwić mieszkańcom wykonanie czynu społecznego. Dzisiaj korty funkcjonują znakomicie.
- Jak to się stało, że został Pan autorem herbu i flagi Wesołej?
- Z wykształcenia jestem grafikiem, skończyłem akademię sztuk pięknych. Na projekt herbu Wesołej ogłoszono konkurs, który wygrałem. Chciałem, żeby ten herb miał nowoczesną formę, odbiegał od przyjętych wówczas, realistycznych wzorców, żeby był bardziej symboliczny, graficzny.
- Pan, grafik, malarz został na początku lat 90. właścicielem Naszej Księgarni, jednego z najstarszych polskich wydawnictw książkowych założonego przez nauczycieli w 1921 roku. Jak z kolei do tego doszło?
- Przez lata zajmowałem się ilustracjami książek dla dzieci, zilustrowałem ich około 200. Żona też była grafikiem. Udało się nam zgromadzić spore oszczędności. A „Nasza Księgarnia”, która specjalizowała się w wydawaniu książek dla dzieci i młodzieży, na początku lat 90-tych podupadła. Po przemianach ustrojowych powstały dziesiątki wydawnictw, które zalały rynek książkami dla dzieci z pseudo disnejowskimi ilustracjami. Polacy się na to rzucili, przestali kupować książki rodzimych autorów. „Nasza Księgarnia” wpadła z tego powodu długi, a w jej
magazynach zalegało 30 ton niesprzedanych książek. Przejmowałem ją więc z długami, tonami niesprzedanych książek i przerostem zatrudnienia. Podźwignęliśmy się dzięki temu, że mieliśmy dobre relacje z drukarniami, które dawały nam kredyt kupiecki i że dysponowaliśmy licencjami na wiele lektur szkolnych. A ja, będąc wcześniej naczelnym grafikiem Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, wiedziałem, jak powinna wyglądać książka edukacyjna. I taką zacząłem wydawać.
W 2002 roku przeszedłem na emeryturę, a prowadzenie "Naszej Księgarni" przekazałem mojej córce. Wydawnictwo „Nasza Księgarnia” jest dziś wciąż jednym z większych wydawnictw książkowych w Polsce.
- Jak Państwa firmie udaje się zachować tę pozycję, biorąc choćby pod uwagę, że polski rynek penetrują wielkie zachodnie koncerny wydawnicze?
- Procentuje nasza tradycja, kontakty, rzetelna praca. To, że ciągle staramy się rozwijać firmę. Mamy wyłączność na wiele lektur szkolnych i licencje na wydawanie takich książek jak: „Kubuś Puchatek” Milne’a czy „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Wydajemy też literaturę adresowaną do kobiet jak np. powieść–saga "Cukiernia Pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Również książki fantasy, zeszyty edukacyjne, poradniki, literaturę faktu. Zaczęliśmy też produkować niektóre tytuły w formie audio-booków. Te działania pozwalają firmie się rozwijać. W bieżącym roku planujemy produkcję blisko 200 tytułów.
- Nie zaszkodzi "Naszej Księgarni" nałożenie na początku tego roku podatku VAT na książki?
- VAT na książki szkodzi głównie księgarniom i to szczególnie tym małym, które muszą ten podatek zapłacić z góry, zanim sprzedadzą książki. Wiele z nich z tego powodu pada. I to jest powód do zmartwienia.
- Po przejściu na emeryturę wrócił Pan do grafiki i malarstwa?
- Tak, ale ze względu na kręgosłup nie mogę już pracować na siedząco. Nigdzie swoich prac nie wystawiam ani ich nie sprzedaję. Malowanie to dla mnie praca i wewnętrzny obowiązek. Bez malowania nie potrafiłbym egzystować normalnie.
Rozmawiał Jacek Krzemiński
Komentarze
- Gość (83.24.231.70) / 17.04.2012 23:25:49
Liście dębu jakie mamy w herbie Gminy Wesoła, to moim zdaniem raczej nie był dobry pomysł, gdyż to właśnie u nas - wielkie, zdrowe okazy są wycinane w imię prawa i działań naszej Gminy, przykłady można mnożyć.....:
Urząd zezwala właścicielowi działki na bezpłatne wycięcie dębu szypułkowego średnica ponad 300 centymetrów, wiek oceniany na ponad 200 lat, stan drzewa dobry, znajdujący się w kwadracie ulic Rumiankowa, Leśnych Ziół, Tymiankowa, Kolendrowa (z tyłu sklepu Groszek) - po to by wybudować w tym miejscu kolejny dom bliźniak.
Drzewo nie zostało do chwili obecnej wycięte, jeżeli ktoś ma pomysł jak je ochronić, proszę pisać: jodek1@orange.pl - Gość (83.24.231.70) / 17.04.2012 23:25:12
Liście dębu jakie mamy w herbie Gminy Wesoła, to moim zdaniem raczej nie był dobry pomysł, gdyż to właśnie u nas - wielkie, zdrowe okazy są wycinane w imię prawa i działań naszej Gminy, przykłady można mnożyć.....:
Urząd zezwala właścicielowi działki na bezpłatne wycięcie dębu szypułkowego średnica ponad 300 centymetrów, wiek oceniany na ponad 200 lat, stan drzewa dobry, znajdujący się w kwadracie ulic Rumiankowa, Leśnych Ziół, Tymiankowa, Kolendrowa (z tyłu sklepu Groszek) - po to by wybudować w tym miejscu kolejny dom bliźniak.
Drzewo nie zostało do chwili obecnej wycięte, jeżeli ktoś ma pomysł jak je ochronić, proszę pisać: jodek1@orange.pl - Gość (195.225.120.34) / 05.05.2011 18:45:55
przeprowadzałam niedawno wywiad z Panem Tokarczykiem. Powiem szczerze robi wrażenie. Starszy Pan, ale taki wyluzowany i szczery:)
Pozdrawiam Panie Mirosławie. - Gość (79.162.36.172) / 04.05.2011 16:42:22
niech w końcu zaczną robić tę obwodnicę 25 lat na nia czekam stojąc niemal codziennie w korkach - a ekologów zapraszam do wesołowskich lasów - śmieci leżą tam tony i to raczej nie z tirów je tam wyrzucano - można się wykazać miłością do przyrody i trochę ich pozbierać.
- Gość (83.31.29.65) / 03.05.2011 21:00:40
Niektórzy mieszkańcy mają obsesję na punkcie obwodnicy, tak jakby miały jeździć po niej puste samochody sterowane zdalnie na pilota. Tymczasem większość mieszkańców Wesołej dojeżdzą do pracy, bo... miejsc pracy w naszej dzielnicy jest bardzo mało. Oni też chcąc nie chcąc jeżdżą koło czyjegoś domu.
Z planistycznego i strategicznego punktu widzenia najlepsze miejsca do budowania osiedli mieszkaniowych to grunty piaszczyste z głęboko zalegającą woda gruntową, a nie, tak jak jest na znacznej części powierzchni Warszawy urodzajne ziemie gliniaste lub pylaste, często zagrożone podtopieniami czy nawet powodzią. - Gość (77.253.96.140) / 02.05.2011 13:31:49
Panie Tokarczuk jeżeli Pan optuje za zniszczeniem dz. Wesoła w związku z planowanym przebiegiem obwodnicy czyt. autostrady , to niech Pan zmieni herb Wesołej na trzy ścigające się TIRY.Jak można popierać perspektywę zniszczenia
ekologicznej dzielnicy pod każdym względem w imię tzw. nowoczesności i wybudowania kawiarenek i i innych barków , których dla chętnych i oczywiście mających pieniądze nie brakuje aktualnie.Obwodnica powinna obwodzić , a nie
przebiegać przez środek dzielnicy.Wydano miliony zł na różne badania , które miały udowodnić tezę , że tylko jedynie słuszna opcja jest przez Wesołą. Ze zdaniem mieszkańców jak i z negatywnymi opiniami ekspertów z różnych dziedzin
się nie liczono.Arogancja i bufonada wzięła górę.Można by dużo argumentów przedstawiać , ale władza wie lepiej.Ja Panie Tokarczuk wolę mieszkać w zdrowym środowisku,a nie w miejscu gdzie jest zatrute powietrze ,woda ,gdzie występuje nadmierny hałas oraz są utrudnienia wewnętrzne związane z komunikacją.Takiej perspektywy z " obwodnicą" sobie i wszystkim zdrowo myślącym mieszkańcom - nie życzę.
- Gość (83.31.27.49) / 30.04.2011 21:52:13
Z lasem jak z winem - im starszy, tym lepszy (tylko, że wino po kilkudziesięciu latach zrzuca barwnik, a las tylko liście jesienią). Zgadzam się z Panem Tokarczykiem, że najwięcej zależy od ludzi, przy czym wszystko powinno być robione z wyczuciem i wyważeniem. Każdy, kto ma najmniejszy ogródek wie, że na jednostce powierzchni można zmieścić wielokrotnie więcej gatunków, niż w "naturalnym" lesie, którego przecież nikt nie nawozi, nie podlewa... (to często żółty piasek, lekko przybrudzony przy powierzchni). Wielu mieszkańców Wesołej ma w swoich ogrodach gatunki i odmiany roślin, o których kilkadziesiąt lat temu mało kto słyszal. Nowe gatunki pojawiły się u nas na wiekszą skalę za sprawą <Pani Anity od krzaczków>, która poświęcała każdą wolną chwilę na upiększenie Wesołej przy pomocy <zielonego> i uczyła tego innych. Nie musiała tego robić, bo Państwo Tokarczykowie mieli (i chyba mają nadal) piękny, bogaty w gatunki, nowoczesny i całkowicie zagospodarowany ogród. Przeciętny człowiek w takiej sytuacji spocząłby na laurach (albo raczej na leżaku). Krzewy i drzewa posadzone dawno temu na ulicach Wesołej jeszcze rosną w wielu miejscach (np. na ul. Księdza Skargi), ale w wielu innych miejscach zostały niepotrzebnie i bezdusznie wykarczowane, chociaż po drobnych zabiegach pielęgnacyjnych mogły by cieszyć oko jeszcze kilkadziesiąt lat.
Można być za przyrodą i za obwodnicą, tak jak można być za budowaniem, ale w zieleni.


Katalog firm
Forum
Blogi
Mapa wesołej
Foto
Archiwum










