Krystyna Prońko o sobie, o muzyce, o Wesołej, o tym, co jej się podoba w naszej dzielnicy, a co nie
fot. Sebastian Skalski
Wywiad z Krystyną Prońko, mieszkanką Wesołej, jedną z najlepszych polskich wokalistek ostatnich dekad, wielokrotną laureatką Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, znaną z takich przebojów, jak „Jesteś lekiem na całe zło” czy „Małe tęsknoty”:
- Każdy muzyk marzy o takim początku kariery, jaki był Pani udziałem. W 1973 roku zdobyła Pani I nagrodę w konkursowym koncercie "Interpretacje" na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, wtedy najważniejszym w Polsce festiwalu muzyki popularnej. Dwa lata później - też I nagroda w tym konkursie. Po takim początku dalsza kariera powinna potoczyć się gładko.
- Nigdy nie jest tak, że wszystko się gładko toczy. U mnie też nigdy gładko nie było. Zawsze po drodze są jakieś górki i dolinki. A teraz debiutujący muzycy, którzy zdobywają takie nagrody, mają jeszcze trudniej. Bo nie mają żadnego wsparcia po zdobyciu takiej nagrody. Kiedyś bywało inaczej. Przed pierwszym występem w Opolu pracowałam w Estradzie Poznańskiej, która mnie wytypowała na ten festiwal. Dzięki temu, że pracowałam w chórku w koncercie Urszuli Sipińskiej i Andrzeja Dąbrowskiego, miałam z czego żyć, miałam zrobione zdjęcia, jakiś plakat. Takie podstawowe rzeczy, które debiutujący piosenkarz czy muzyk, powinien mieć zapewnione, zanim wypłynie na szersze wody. Bo nigdy nie jest tak, że wygranie jakiekolwiek konkursu, zdobycie ważnej nagrody bez dalszego wsparcia, coś załatwi, wystarczy, żeby czyjaś kariera muzyczna dalej się rozwijała.
- Po pierwszym sukcesie w Opolu miała Pani wiele kolejnych. I nawet wtedy nie było łatwiej?
- Sytuacja była taka sama, ale ja założyłam, że nie będę dawać sobie żadnej taryfy ulgowej, że będę starała się żyć ze śpiewania. Zrobiłam sobie z tego zawód, poszłam na studia, żeby w ten sposób to przypieczętować. To był dla mojego środowiska szok, że osoba, która zdobyła jedną, drugą nagrodę, jeszcze chce zawracać sobie głowę studiami. Ale za to jako jedyna z tego środowiska pojawiłam się „Pegazie”, prestiżowym programie telewizyjnym o kulturze, gdzie nie wszytko się pokazywało. Ekipa „Pegaza” przyjechała nagrać mój występ dyplomowy. Śpiewałam wtedy na koniec utwór Otisa Roedinga, który kończył się gwizdaną melodyjką na końcu, więc ja też zagwizdałam. Ale nikt nie zrobił z tego problemu, nie było obraźliwych reakcji, niczego takiego.
- Skończyła Pani z wyróżnieniem studia na jedynym w Polsce wydziale jazzu i muzyki rozrywkowej, na Akademii Muzycznej w Katowicach. Była Pani pierwszą studentką i absolwentką tego wydziału. Pierwsze dwa konkursy, na których Pani wystąpiła, to był Festiwal Wokalistów Jazzowych w Lublinie i Opole. Do dziś przykleja się Pani etykietkę wokalistki jazzowej.
- To, co zaśpiewałam podczas tego festiwalu w Lublinie, było dalekie od jazzu. Lubiłam tę muzykę, lubiłam jej słuchać i dlatego jazz zawsze mniej lub bardziej świadomie przedzierał się przez moje wykonania. Było go słychać w zwykłych, popowych piosenkach, które wykonywałam. To nigdy nie był czysty pop. To zostało zauważone i wtedy właśnie przyklejono mi etykietkę wokalistki jazzowej, której trudno było mi się pozbyć. Choć jazzu śpiewałam i śpiewam bardzo niewiele.
- Osiągnęła Pani prawie wszystko, o czym może marzyć muzyk. Zdobyła Pani masę nagród, uznanie publiczności i krytyki. Pani piosenki były wielkimi przebojami, które do dziś są znane i popularne. Nie musi Pani już nikomu nic udowadniać. Mogłaby Pani sobie powiedzieć: to teraz wrzucam na luz, przestaje się spalać, odpoczywam, korzystam z uroków życia, czas na odcinanie kuponów od tego, co zrobiłam. O tym, żeby nie musieć więcej pracować, marzy wiele osób. A Pani dalej śpiewa, koncertuje, wydaje kolejne płyty, zajmuje się produkcją muzyczną.
- Mnie to sprawia frajdę, ja to lubię. Śpiewam krótsze lub dłuższe recitale, zawsze na żywo, co wcale nie jest łatwe, trzeba utrzymywać się w dobrej kondycji. Nie biorę udziału w imprezach, gdzie się śpiewa z playbacku. Zawsze lubiłam tę pracę, chciałam to robić, i to najlepiej, jak potrafię. Kwestia zdobywania nagród była drugorzędna, bo o nie to chodzi. Repertuar, który wspólnie dobieraliśmy, a potem robiłam już to sama, to są piosenki, w których czuję się dobrze. Wiem, że one są dobrze zrobione, że na etapie, na jakim byłam, to jest najlepsza rzecz, jaką mogłam zrobić. Proszę zwrócić uwagę, że ja nie mam kolejnych wersji tych samych piosenek. To, że jednak ciągle pracuję, nie kłóci się ze zwolnieniem obrotów. Ja odpoczywam, jeżdżę na wakacje, czasem długo śpię. I mam pewien komfort psychiczny, bo doszłam do takiego momentu, w którym nie muszę już robić wszystkiego i przyjmować wszystkich propozycji, które do mnie przychodzą. Mogę powiedzieć, że ...nie jestem zainteresowana. Parę takich sytuacji już miałam, że odmówiłam, bo nie podobały mi się proponowane rzeczy, utwory. Choć oferowano wysokie wynagrodzenie.
- Zaśpiewałaby Pani w reklamówce?
- Dopuszczam taką możliwość. To zależałoby od tego, co byłoby reklamowane i oczywiście, od warunków finansowych. W gruncie rzeczy reklama spełnia podwójną rolę, zarabia się pieniądze i jest formą zaistnienia. To nie jest bez znaczenia w sytuacji, gdy w polskich stacjach radiowych polskich artystów jest mało. Mnie samej zdarzało się słyszeć pytanie: „To Pani jeszcze śpiewa?”. A ja przecież nic innego w życiu nie robię.
- Z tego, co mówiła mi Pani wcześniej przez telefon, wynika, że jeszcze się Pani uczy. Co to za nauka?
- Uczę się tego, co zawsze towarzyszyło mi przez całe życie. Uczę się tego, co jest po drugiej stronie kabla mikrofonu: realizacji dźwięku. Będę śpiewać tak długo, jak długo będę mogła, ale to nie przeszkadza mi w tym, żeby poznać lepiej tę działkę, towarzyszącą mojej pracy.
- Kiedy zakończy Pani tę naukę?
- Za półtora roku, jeśli tylko zaliczą mi pierwszy semestr (śmiech). Cieszy mnie ta szkoła. Dzięki niej dowiaduję się wielu ciekawych rzeczy, uświadamiam sobie, z czego wynikały jakieś sytuacje związane z realizacją dźwięku, z którymi miałam do czynienia podczas mojej pracy.
- Miała Pani okazję wystąpić kiedyś w Wesołej?
- Tak, miałam, w kościele Opatrzności Bożej, ale w Starej Miłosnej, gdzie mieszkam, jeszcze nie. Na tym osiedlu jedyny mój dotychczasowy publiczny występ to malowanie płotu (śmiech).
- Pochodzi Pani z Gorzowa. Jak to się stało, że zamieszkała Pani w naszej dzielnicy?
- Najpierw, jeszcze w latach 70., przeprowadziłam się do Warszawy. Tu było centrum, najwięcej możliwości, tu było najlepiej. W Warszawie przez całe lata mieszkałam w centrum. Od kogoś usłyszałam, że można się zapisać do Międzyresortowego Zespołu Budowy Domów Jednorodzinnych i Wielorodzinnych, który miał budować osiedle w Starej Miłosnej. Zapisałam się jako jedna z pierwszych osób. Umowę podpisałam w połowie lat 80., ale potem w zespole doszło do znanych wielu osobom perturbacji, do których nie chcę wracać. Wpłacało się pieniądze, wpłacało i nic z tego nie wynikało. Ja w końcu machnęłam na to ręką, przestałam wpłacać, a po iluś latach odnaleziono mnie i powiedziano, że mam się zgłosić. Okazało się, że moje pieniądze, niemałe, jednak nie przepadły i że zaczyna coś się dziać w odniesieniu do tej grupy, która najpierw coś wpłaciła, a potem się zbuntowała. Dostałam działkę i po jakimś czasie wybudowałam dom. Mieszkam tu od 2002 roku.
- Jak Pani się mieszka w Starej Miłosnej?
- Myślałam, że będzie lepiej. Na początku było tu cicho. Już nie jest. Nie spodziewałam się, że zamieszka w tym miejscu tak dużo ludzi, że zabudowa będzie tak gęsta, jak dziś. Bardzo denerwuje mnie, że na naszych ulicach niektórych kierowcom brakuje kultury jazdy, a ludzie jeżdżący z Lublina do Warszawy i z powrotem robią sobie skrót przez osiedlowe ulice Starej Miłosnej. Z tego powodu miałam kolizję. Z tego powodu przy bocznej ulicy, przy której mieszkam, tworzą się korki, przez które czasem muszę czekać kilka minut, żeby wyjechać spod domu. Na ulicy Gościniec i Rumiankowej od strony Szosy Lubelskiej powinien być zakaz wjazdu, a nawet szlaban, bo obawiam się, że sam znak zakazu nie wszystkich by powstrzymał.
- Myślała Pani, żeby wyprowadzić się ze Starej Miłosnej?
- Miałam taki pomysł, ale nie podjęłam jeszcze decyzji. Gdyby jednak na Rumiankowej i Gościńcu zostały wprowadzone takie rozwiązania komunikacyjne, o których mówiłam, to pewnie przestałabym się zastanawiać nad przeprowadzką. Wiem skądinąd, że jedna z tych ulic od strony Szosy Lubelskiej ma być zamknięta, co mnie bardzo cieszy.
- A Wschodnia Obwodnica Warszawy, od której nie będzie Pani daleko mieszkać?
- Ja wiedziałam o tej inwestycji, mnie osobiście to nie przeszkadza. Miałam nawet taki czas, że ta droga byłaby dla mnie wygodna, ale w tej chwili jest mi wszystko jedno, czy powstanie czy nie. Trochę mnie przeraża tylko ta estakada w rejonie Traktu Brzeskiego, bo ona będzie przenosić drgania na sąsiadujące tereny. Rezonans, jaki powstaje za sprawą fali dźwiękowej generowanej przez taką estakadę i kurz to jest po prostu horror. Całe dorosłe życie mam do czynienia z dźwiękami i potrafię sobie to wyobrazić na podstawie własnego doświadczenia. Żadne ekrany tu nie pomogą .Ta fala dźwiękowa nie zniknie, choć jej niewielka część zostanie stłumiona. Większość załamie się i "spadnie" gdzieś tam ... czyli będzie słychać tę estakadę w jakiejś odległości od niej. Zamiast estakady w tym miejscu powinien być tunel. Tylko, że byłoby to znacznie droższe. Za to bardziej ekologiczne, zdrowsze dla ludzi mieszkających w sąsiedztwie nie wspominając o uczuleniowcach , których coraz więcej.
- Są według Pani jakieś dobre strony zamieszkiwania w Starej Miłosnej?
- Mnie cieszy, że jest tu coraz więcej takich miejsc pierwszej potrzeby, że mam blisko aptekę, pocztę, sklepy. Bo jak mam pójść do kina czy do teatru, to i tak pojadę do centrum.
- Czy z tego właśnie powodu, że centrum ma choćby bogatszą ofertę kulturalną, Wesoła pozostanie głównie sypialnią Warszawy?
- To da się zmienić. Parę lat temu podczas rozmowy z poprzednim burmistrzem rzuciłam myśl, że skoro nazwa dzielnicy sugeruje rozrywkę, to powinno powstać tu centrum rozrywkowe stolicy. Z teatrami, kinami, kasynami, licznymi klubami, restauracjami. Miejsce, gdzie się robi festiwale filmowe i muzyczne, gdzie się przyjeżdża z centrum spędzić wolny czas, a nie odwrotnie.
- Byłoby u nas gdzie to zrobić?
- Ja myślę, że tak. Tu jest dużo miejsc niezabudowanych. Ja przecież nie myślę o parku rozrywki, tylko o wielu miejscach, do których można by było przyjechać czy przyjść spędzać wolny czas.
- Chciałaby Pani, żeby w Wesołej było więcej imprez muzycznych niż dziś?
- Bardzo podobają mi się letnie koncerty na naszym hipodromie. Dobrze byłoby jednak, gdyby hipodrom był pod tym kątem bardziej wykorzystany niż dziś. Aż się o to prosi. To świetne miejsce, odizolowane lasem od budynków mieszkalnych, co przy dużych koncertach jest bardzo ważne. Tam jest taka przestrzeń, która może pomieścić kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Hipodrom jako miejsce na duże, plenerowe koncerty może z powodzeniem konkurować ze Służewcem, a na pewno lepszy jest od lotniska na Bemowie, gdzie dookoła stoi zabudowa mieszkalna. Organizowanie koncertów na hipodromie mniej paraliżowałoby ruch w mieście niż imprezy na Służewcu. Do hipodromu z pozostałych części Warszawy można dojechać z dwóch stron. Poza tym tam jest bardzo ładnie, takich miejsc koncertowych na świecie nie ma wiele. Z drugiej strony na hipodromie nie dałoby się postawić stałej sceny, bo stała scena zaburzałaby tę piękną przestrzeń. Trzeba by za każdym razem budować całą infrastrukturę sceniczną z zapleczem, ale Wesoła mogłaby zyskać dzięki temu nowe miejsca pracy. Pod warunkiem, że dzielnica zainwestowałaby w te urządzenia zamiast wynajmować je.
- Ma Pani jakieś inne ulubione miejsca w Wesołej?
- Lubię las w Starej Miłosnej, do którego mam z domu niedaleko. Tam jest dobre powietrze, a poza tym ja lubię chodzić po lesie. Jedyny problem, że mam psa , który, niestety, nie lubi innych psów. A tu wiele czworonogów lata luzem po lesie, co mnie wprawia w dygot. Na szczęście jednak nad swoim psem panuję.
- Są plany, żeby w ten las weszła głębiej zabudowa. Podoba się to Pani?
- Tego lasu nie powinno się już ruszać, ja na to się nie zgadzam, niech zostanie tak, jak jest teraz.
- Projekt planu zagospodarowania dla południowej części Starej Miłosnej, nad którym prace się już kończą, przewiduje zabudowę dużych fragmentów lasu przylegających do tego osiedla.
- Coś jest niedobrze z tym zagospodarowaniem przestrzennym! Przez brak planu zagospodarowania to osiedle zostało zepsute, podobnie, zresztą, jak wiele innych miejsc w Polsce. Planowanie przestrzenne wprowadza ład w zabudowie. Gdy ja tu zaczęłam budować dom, istniał plan zagospodarowania dla tego terenu. Kiedy zakończyłam budowę, przestał obowiązywać. Po czym zaczęły pojawiać się kamienice, trzypiętrowe, brzydkie, za duże budynki, które w takich miejscach nie powinny się znaleźć. Gdy ja budowałam dom, wszyscy w tej okolicy dostawali warunki zabudowy na dużo niższe budynki. I to miało sens, bo przecież taki charakter miała mieć Stara Miłosna: przy głównych ulicach bloki i zabudowa szeregowa, a w głębi domki jednorodzinne. No i proszę spojrzeć, co teraz mamy...
Rozmawiał Jacek Krzemiński
Komentarze
- Gość (87.96.93.244) / 10.03.2011 13:06:08
Mieszkam obok p.Prońko i zgadzam się z jej uwagami. Jest wiele spraw w tej okolicy które wymagają zmiany. Podejmowane są próby poprawy tej sytacji. Miejmy nadzieję że przyniosą efekty. Pozdrawiam Paweł.
- Gość (83.24.216.4) / 28.01.2011 19:34:17
Pytacie czyj to pomysł rozbudowy osiedla w lesie? Pana radnego Wojtasia. Mam nadzieję, że ten pomysł upadnie , bo nie już ma w Radzie pana Wojtasia.
- Gość (83.15.207.82) / 24.01.2011 23:20:00
Całkowicie popieram słowa p.Prońko co do zabudowy i komunikacji na osiedlu. A może by tak nasi kochani radni pomogli w sprawie tego nieszczęsnego zagospodarowania, bo zachłanni urzędnicy i zarządcy będą krok po kroku zabierać las i na siłę poszerzać tereny osiedla.
- Gość (83.24.234.136) / 24.01.2011 17:55:30
Zgadzam się z p. Prońko w kwestii: bałaganu architektonicznego w S.M., zbyt dużego zaludnienia i zbyt gęstej zabudowy, zbyt dużego ruchu samochodowego - skrótowców.
A jak przeczytałam o planach zabudowy wgłąb lasu, to żal serce ściska. Załamka. Kto o tym decyduje? Komu tak na tym zależy i dlaczego? Dlaczego ktoś chce na siłę powiększać osiedle? Wszędzie gdzie się dało jest zabudowa, a LAS zostawmy w spokoju !


Katalog firm
Forum
Blogi
Mapa wesołej
Foto
Archiwum










