A A A

Janusz Wiśniewski: Gdy graliśmy kawalerzystów u Hoffmana, to czasem musiałem wstawać o pierwszej w nocy

21.04.2011, 19:28

Janusz Wiśniewski podczas zdjęć do filmu Jerzego Hoffmana "Bitwa Warszawska 1920", fot. Marcin Wiśniewski

Wywiad z Januszem Wiśniewskim z Wesołej, jeźdźcem Ochotniczego Szwadronu Kawalerii im. 1. Pułku Szwoleżerów im. J. Piłsudskiego, stacjonującego na hipodromie w Starej Miłośnie:

- Od jak dawna należy Pan do Szwadronu?

- To na razie drugi rok. Wcześniej jeździłem na hipodromie w Starej Miłośnie, ale sportowo, towarzysko, dla siebie. To, że wstąpiłem do szwadronu, było jakimś dalszym etapem. Te zwykłe jazdy już mi się znudziły. Chciałem poznać coś nowego, nowych ludzi. Gdy więc zaproponowano mi wstąpienie do szwadronu, zgodziłem się. Szwadron cały czas poszukuje nowych ludzi, przede wszystkim młodych, żeby oddział mógł dalej funkcjonować, kultywować i podtrzymywać tradycje 1. Pułku Szwoleżerów. Takie oddziały, jak nasz, są w wielu miastach w Polsce, które także nawiązują do tradycji przedwojennych pułków szwoleżerów, kiedyś tam stacjonujących.

- Samo Stowarzyszenie Szwadron Jazdy RP, mające swą siedzibę na wesołowskim hipodromie, w którego ramach działa Państwa ochotniczy oddział kawalerii, ma sporo filii w innych polskich miastach. Zamiłowanie Polaków do koni i do kawalerii to fenomen na skalę europejską. Chyba nie ma w Europie nacji, która bardziej kochałaby konie i wojsko konne.

- U nas ta tradycja jest faktycznie najbardziej zakorzeniona. Ja to zauważyłem, będąc na obozie konnym, który odbywał się w zeszłym roku, w ramach kręcenia filmu Jerzego Hoffmana "Bitwa Warszawska 1920" . Tam zjechali ludzie z ochotniczych pułków kawalerii z całej Polski. Oni robią wszystko, żeby zdobyć sprzęt z tamtego okresu, kupują to za własne pieniądze, nikt ich nie sponsoruje. Szukają eksponatów na złomowiskach, szrotach, w internecie. I jak tylko zobaczą, znajdą coś z tamtego okresu, to muszą to mieć. W naszym przypadku jest w zasadzie tak samo. Od Stowarzyszenia Szwadron dostajemy za darmo kulbaki, używamy bezpłatnie koni podczas naszych zajęć, które odbywają się dwa razy w tygodniu, również, gdy bierzemy udział w uroczystych defiladach. Na co dzień konie są wypożyczane do rekreacji, zarabiają na siebie.

Janusz_Wisn_2.jpg

Janusz Wiśniewski, fot. Marcin Wiśniewski

- Skąd wzięło się u Pana zamiłowanie do jazdy konnej?

- Ja zawsze lubiłem konie. Dziadek miał konie, mój brat ma konie. Gdy byłem dzieckiem, jeździłem na rowerze do dziadka, który wypasał swoje konie na łąkach w Wilanowie i pomagałem mu je pod koniec dnia sprowadzić do stajni. Jeszcze wtedy, gdy mieszkałem w Wilanowie, chodziłem na konie, trochę na woltyżerkę i nawet nieźle mi to szło. Zeskakiwanie w biegu, wskakiwanie, jazda przodem, do tyłu, tyłem, "na ogonie", przekręcanie się na koniu. Ja to wszystko robiłem. Za komuny nie było innych możliwości, żeby jeździć konno. Potem miałem bardzo długą przerwę. Budowa domu, praca, dziecko. Dopiero, gdy się sprowadziłem do Starej Miłosny, wróciłem do jazdy konnej. Bo tu miałem blisko na hipodrom. Najpierw chciałem zarazić tą pasją syna, ale on nie chciał. Tak więc postanowiłem sam intensywnie jeździć. Trafiłem na Piotra Skwirę, byłego mistrza Polski w skokach przez przeszkody, bardzo dobrego trenera, i to on dopiero nauczył mnie naprawdę jeździć konno. Chodziłem nawet codziennie na lekcje. Jeździć konno to podobno nie sztuka, sztuką jest panować nad koniem. Jeżdżę już od ośmiu lat.

- A czym jest dla Pana jest sam Szwadron. Czym stał się w Pańskich oczach po tych dwóch latach?

- Wstąpiłem do Szwadronu z ciekawości, żeby rozszerzyć grono znajomych. Latem organizowane są bardzo fajne obozy, rajdy konne, mamy spotkania, różne uroczystości.

- Czyli coś w rodzaju harcerstwa dla dorosłych?

- Można tak powiedzieć. W zeszłym roku cały czas mieliśmy wyjazdy i uroczystości, często smutne, np. uczestnictwo w pogrzebach. Trzeba było przewozić konie, a gdy jedzie się gdzieś z koniem, to czasem trzeba wstać nawet o 3. rano. Wszystko przygotować, zapakować konie na koniowozy, zawieźć je, wypuścić, znaleźć dla nich miejsce, najlepiej na trawie, nakarmić, napoić, wyczyścić, osiodłać. Potem defilada i z powrotem wszystko od nowa, zapakować konie, przewieźć je. Samo uczestnictwo w defiladzie czy innej państwowej uroczystości zajmuje na ogół kilkanaście minut, a przygotowania z tym związane cały dzień.
Gdy braliśmy udział w kręceniu filmu Hoffmana, to czasem musiałem wstać o pierwszej w nocy, żeby o 8 rano być na planie. Nasz ochotniczy szwadron grał we wszystkich scenach, w których pojawiała się kawaleria.

- Kiedy premiera tego filmu?

- Jesienią.

- Co, jeśli chodzi o udział w życiu ochotniczego szwadronu kawalerii, sprawia Panu największą przyjemność? Rajdy konne, o których Pan wspominał?

- Taki rajd mamy jeden w roku. Moglibyśmy mieć ich więcej, ale to byłoby trudne, bo prawie wszystko musimy sami zorganizować. Stowarzyszenie Szwadron pomaga nam o tyle, że daje nam konie, samochód, który przewozi nam sprzęt, materace do spania, jedzenie.

- Podczas rajdu śpicie w namiotach?

- Nocujemy w różnych miejscach. W remizach strażackich, gospodarstwach, szkołach. Czasem goszczą nas tam za darmo, czasem za niewielką opłatą. Taki rajd jest faktycznie przygodą. Cały dzień jedzie się na koniu. Przez las, drogami polnymi, brzegami jezior. Zatrzymujemy się w małych miejscowościach.

- Fajny sposób na poznawanie Polski.

- Nie tylko. W zeszłym roku zatrzymaliśmy się w niewielkiej miejscowości, Siennica Różana, której burmistrz był tak szczęśliwy z powodu naszej obecności, że zorganizował nam za darmo noclegi w miejscowym akademiku, poczęstował obiadem, zorganizował ognisko z kiełbaskami. My zrobiliśmy pokaz szarży dla mieszkańców i odpowiadaliśmy na ich pytania.

- Jak ludzie reagują, gdy przejeżdżacie przez jakąś miejscowość? Bo przecież to nie jest zwykły rajd konny, jedziecie w mundurach polowych, macie lance z proporczykami.

- Te reakcje są bardzo pozytywne, miłe. Ludzie wszędzie są nami zainteresowani, wychodzą przed domy, przyglądają się nam, witają. Nikt nie odmawia nam gościny. Zdarza się, że jesteśmy witani oklaskami albo pieśniami wojskowymi z okresu międzywojennego. Okazuje się, że ludzie często dużo wiedzą na ten temat. Bo tym się interesują, rodzice im opowiadali albo na przykład dziadek służył w kawalerii. Często zdarza się, że miejscowi podchodzą do nas, chcą się przysiąść i porozmawiać.

- Tak jest na rajdach. A co Pan czuje podczas defilady, ważnej państwowej uroczystości, w których występuje Pan jako kawalerzysta, w ramach ochotniczego szwadronu?

- Za pierwszym razem miałem dużą tremę. A teraz traktuję to jako patriotyczny obowiązek. Trzeba pokazać polską tradycję, to, co kiedyś było w Polsce, podtrzymać pamięć o naszej kawalerii, która przyniosła nam dużo chwały. Co ciekawe, na defiladach, w których bierzemy udział, największe zainteresowanie widzów budzi właśnie kawaleria. Ludzie robią nam zdjęcia, nagradzają oklaskami.

- Są w Waszym szwadronie także ludzie młodzi?

- Są, ale za mało. Dlatego w szwadronie cały czas miło widziana jest młodzież. Niestety, zainteresowanie z ich strony jest znikome. W ogóle mało jest młodych ludzi, którzy chcą jeździć dobrze konno. Oni wolą komputer, telewizję. Poza tym intensywnie pracują, mówią, że brakuje im czasu. A przecież tego czasu, niezależnie od wieku, nigdy nie ma za dużo. Choć przyznaję, że sama nauka jazdy konno jest czasochłonna, a do tego kosztowna, co może zniechęcać. By nauczyć się porządnie jeździć, trzeba przynajmniej rok pochodzić na lekcje. Konno jeżdżą w Polsce przede wszystkim dziewczyny, ale w kawalerii przecież nie było kobiet.

- Dlaczego wybrał Pan akurat takie hobby?

- Zawsze uprawiałem jakiś sport. Pływałem i grałem w tenisa. Jeżdżę na nartach, na rowerze. Ale to właśnie jazda konno najbardziej przypadła mi do gustu. Na narty daleko trzeba jeździć i nie zawsze jest śnieg, rower tylko latem, na basenie są zwykle tłumy, do tenisa trzeba partnera i zgrywać z nim terminy. Przy jeździe konno nie mam tych ograniczeń. Jest blisko hipodrom, duży teren do jeżdżenia, piękna ujeżdżalnia, dzięki której mogę ten sport uprawiać przez cały rok. Poza tym jeździć konno można do późnych lat. Tu nie ma granicy wieku. Są ludzie, którzy mają osiemdziesiąt lat i jeszcze dosiadają konia. Ten sport ma także tę zaletę, że choć jego uprawianie nie jest bardzo męczące, to jednak wymaga utrzymywania dobrej kondycji. Naprawdę warto go uprawiać.

Rozmawiał Jacek Krzemiński

 

Komentarze

  • Gość (79.191.183.107) / 24.04.2011 17:16:34

    " Janusz Wiśniewski: Gdy graliśmy kawalerzystów u Hoffmana, to czasem musiałem wstawać o pierwszej w nocy "

    Ciesz się Przyjacielu , że nie grałeś u Wajdy.
    Tam byś z szabelką atakował czołgi.

Dodaj komentarz

ReklamaReklamaReklama
Widziałeś(aś) coś ciekawego?
Chcesz o czymś opowiedzieć?
ReklamaReklama
O nasKontaktWspółpracaReklama
Zgłoś błąd