A A A

Budujemy Miłosnę - część pierwsza

03.12.2011, 07:13

... obok bajorka, romantyczne stawki... Tak wyglądał teren obecnego hipodromu w latach 40-tych ubiegłego wieku. Widok prawdopodobnie w kierunku południowym. Fot. „Skrzydlata Polska”

Od p. Tomasza Cudnego, miłośnika, czy - jak się to teraz mówi – hobbysty szybownictwa, otrzymałem niesłychanie ciekawy materiał, dotyczący szybowiska w Starej Miłośnie. Materiał tak ciekawy, że zdecydowałem się nie traktować go tylko jako źródła wiadomości, ale przedrukować w całości. Napisany został w latach 40-tych ubiegłego wieku dla „Skrzydlatej Polski” przez „autochtonkę”, czyli mieszkankę Miłosnej czy Groszówki, p. mgr Krystynę Klimaszewską. Nic o niej nie wiem, poza tym, że miała tytuł magistra. W tamtym czasie znaczył o wiele więcej niż obecnie i miało go niewielu mieszkańców naszego terenu. Autorka była całą duszą oddana pasji latania i była bardzo związana ze swą małą ojczyzną, Starą Miłosną i jej lotniskiem.

Oto ów materiał:

Ławice piachu rozciągają się koło szosy lubelskiej w Starej Miłośnie. To właśnie tam. Zjeżdża się boczną drogą, gdzie widnieje tablica z napisem: Ośrodek Szkolny Szybownictwa Ministerstwa Komunikacji w Miłośnie. Złośliwi dogadują nieprzyjemnie kierownictwu Ośrodka, ze owa tablica jest pierwszym i jedynym wyczynem budowlanym przez okres paru miesięcy na terenie Szkoły. Ale to tylko złośliwi.

Historia Szkoły jest taka: w 1935 r. powstał tu ośrodek Szybowcowy, w którym szkoliła się cała latająca Warszawa. Latano tu na Wronach i CWJ-kach na lotach szkolnych i na wyczyny na Srokach i Komarach, siadały „Erwudziaki” na zaimprowizowanym lotnisku, powstał ośrodek OPLGaz. Ale przyszła wojna i swym niszczycielskim walcem rozwaliła budynki i hangary, zniszczyła sprzęt i rozgoniła po całej kuli ziemskiej pracujących tu ludzi.

Do niedawna w Miłośnie można było znaleźć tylko „ślady dawnej świetności”: stare fundamenty, które zniszczyć było za trudno... Kierownictwo twierdzi, że odziedziczyło tylko tradycję, ziemię i niebo. I że wszystko od nowa...
Zniszczono wszystko, ale ziemia i niebo zostały. Dobra ziemia i łaskawe dla lotników niebo.
Latem, piasek aż pali przez podeszwy. Obok bajorka, romantyczne stawki, mokradła. Szybownicy patrzą na to z zachwytem: Ależ tu musi być termika! Różnice temperatur, kominki termiczne nad „Saharą” – toż to „motor” dla szybowca.

Będziemy latać!

A dobra ziemia w Miłośnie jest także piękna. Lotne piaski ułożyły się w fale pustynne na nierównym terenie. Dęby i brzozy przysypane aż po korony wyglądają jak egzotyczne rośliny. Jesienią rozkładają się tu wrzosy i pachną. Romantycznie świeci księżyc. Nie bez przyczyny miejsce to nosi pełną wdzięku nazwę: Miłosna. Kiedyś ponoć – jak głoszą miejscowi plotkarze – książę i pan Józef Poniatowski porozdawał damom swego serca część swych włości. Ochrzcił je: Miłosna, Wesoła, Pogodna. A potem – przyszła taka godzina, kiedy „Amor blady pierzchł o poranku bezpowrotnie, bo go przeraził słońca błysk na rękojeści księcia szpady”... A Miłosna przycupnęła koło Warszawy cicha i skromna, jakby wstydząc się, że jest dowodem płochych uczuć księcia Józefa.

W tej właśnie Miłośnie będziemy latać!

Będziemy latać już na wiosnę.

A tymczasem budujemy.

Zaczęliśmy od skromnej tablicy, którą nam wymawiają, a trzeba przecież wszystkim miłośnikom sportu lotniczego podać do wiadomości, ze już się robi...

Sunie po Warszawie „Dodge” – półciężarówka. Na niej też napis jak na tablicy i na przedzie dwie Mewki. Kiedy przystajemy przed urzędami, w których trzeba aż za dużo spraw załatwiać, zaczepiają nas młodzi chłopcy: „To Miłosna już lata?”, „Kiedy można zapisać się na latanie?”, „Jak to z tą szkołą? Już czynna?” Kierowca Brama, stary wyjadacz samochodowy i młody entuzjasta lotnictwa, którego nieraz już gościnni piloci z AW „wozili” nas Kukuruźniku, uśmiecha się i odpowiada: A tak, budujemy, budujemy, już na wiosnę można będzie u nas polatać. I zależnie od długości postoju udziela informacji.

Brama mruczy, narzeka na ciężkie czasy, ale pracuje. Pracuje z zapałem na samochodzie, a poza godzinami służbowymi sam dźwiga cement, ładuje deski, szkło, papę, zabiega dokoła wozu, dręczy kierownictwo to o budę, to o opony zapasowe, to znowuż o nowe sprzęgło, czy reperację hamulców, ale wóz chodzi jak zegarek i Brama... też jak zegarek. Ma w sobie tyle młodzieńczego entuzjazmu dla pracy i dla lotnictwa, że choć ma dorosłych synów, ba, nawet i wnuki – żaden młody mu nie dorówna. Zresztą tak z wszystkimi. Pracują z prawdziwą ochotą, z niesłabnącą energią. Nic z tego, że komunikacja ze szkołą jest fatalna, nic z tego, że mokro, daleko, że roboty aż za dużo. Robią. Uśmiechają się. Są zadowoleni. Przecież to dla nas, dla latania.

(c.d.n.)

Mgr Krystyna Klimaszewska
Opr. Andrzej Klimm


 

ReklamaReklamaReklama
Widziałeś(aś) coś ciekawego?
Chcesz o czymś opowiedzieć?
ReklamaReklama
O nasKontaktWspółpracaReklama
Zgłoś błąd